Zamiast wstępu. Największy z powrotów Mistrza.

ImageDobrze zaczynać, gdy sprzyjają temu odpowiednie okoliczności. Dlatego, zanim dowiesz się, szanowny kulturożerco, co Cię czeka na łamach Popkulturalnego (choć tytuł bloga w tym przypadku mówi właściwie wszystko), weźmiesz udział w mojej małej uroczystości rezurekcyjnej.

Oto bowiem witamy ponownie wśród żywych artystę, który w sensie twórczo – scenicznym był martwy od ładnych siedmiu lat. Internet ogłasza wielką czcionką, radio krzyczy – David Bowie wraca! Sięgając pamięcią wstecz nie mogę doszukać się wydarzenia, które wywołało we mnie większe zaskoczenie połączone z prawdziwą euforią. Cholera, ten skurczybyk był jedynym muzykiem, w którego deklarację o przejściu na emeryturę wierzyłem jak w to, że właśnie wpatruję się w ekran monitora. Zdążyłem już przejść do porządku dziennego ze świadomością, że nie usłyszę z jego strony żadnego nowego dźwięku. OK, jakoś to przełknąłem. W porządku, nagrałeś te kilkadziesiąt albumów, zostawiłeś po sobie długie godziny doskonałej muzyki, stałeś się jedną z największych pop – ikon wszech czasów. Grunt, że żyjesz i masz się dobrze. Dzięki David, zawsze będziesz wielki. A tutaj, proszę bardzo, bodaj największy come back od czasu Jezusa Chrystusa, a na pewno najbardziej zaskakujący. Zabawne, że znów daliśmy się nabrać. A przecież to nie pierwszy raz, kiedy Bowie wyskakuje jak przysłowiowy królik z kapelusza. Wystarczy kilka jaskrawych przykładów, które powinny nas nauczyć, że w przypadku tego artysty możliwe jest absolutnie wszystko. I to takie WSZYSTKO totalne. Mamy rok 1973, kiedy podczas koncertu w londyńskim Hammersmith Odeon (3 lipca 1973 r., dla dociekliwych), w okresie swej największej popularności, Bowie mówi finito. Na scenie, przed rozgrzanym do czerwoności tłumem ogłasza śmierć Ziggy’ego Stardusta, wielbionego przez miliony rock and rollowego mesjasza z innej planety. Dwa lata później jego miejsce zajmuje Thin White Duke i zaczyna się festiwal przeobrażeń wizerunkowo – repertuarowych, przyjmowania kolejnych wcieleń i szukania nowych ścieżek muzycznych. Zawsze interesujących, zawsze inspirujących. Pod koniec lat 80-tych, które były dla Bowiego czasem udanej eksploracji rejonów pop – rockowych, jesteśmy świadkami narodzin zespołu Tin Machine. Artysta, którego nazwisko stało się potężną marką, decyduje się zostać po prostu członkiem rockowej kapeli. Kolejny sukces? Niezupełnie. Tego słuchacze nie byli w stanie znieść. Sorry Dave, zabrnąłeś zbyt daleko.  Mimo zróżnicowanych recenzji, dwa albumy wydane pod banderą Cynowej Maszyny okazały się komercyjną klapą. W latach 90-tych Bowie wraca już jako Bowie. Zmiany i zaskoczenia zawsze były specjalnością genialnego Brytyjczyka. Nie bez powodu prasa muzyczna ochrzciła go mianem Kameleona. Co wynieśliśmy z tej lekcji? Nic. Na początku XXI roku świat znów dał się nabrać! Ba, w tym przypadku jestem w stanie stwierdzić nawet, że sam David Bowie mógł się wystrychnąć na dudka. Jeśli tylko sam wierzył, że wolne, które wziął sobie w roku 2004 to absolutna artystyczna emerytura. W porządku, chodziło o zdrowie, z którym u wiekowego (tak, tak, rock and roll odmładza) muzyka było wtedy nieklawo. Nie jest tajemnicą, że artysta przeszedł wtedy poważną operację serca, jednak nasza czujność nie powinna być uśpiona aż tak bardzo. W końcu to Bowie! No, ale uwierzyliśmy i dobra nasza! Właśnie dlatego pieprznięcie było tak mocne, a efekt jest tak przyjemny.

The Next Day, najnowsza płyta Davida Bowiego pojawi się w sprzedaży już 11 marca. Związany jest z tym kolejny, podziwu godny wyczyn. Proszę sobie wyobrazić jak trudno jest utrzymać za gębę całą gromadę muzyków i ludzi związanych z realizacją albumu! Nikt nic nie wychlapał! Przecież w dzisiejszych czasach w sieć wpada absolutnie każdy sekret, do wiadomości publicznej przeciekają informacje dotyczące najbardziej strzeżonych projektów muzycznych, czy filmowych. A temu się znów udało. W najświeższym wywiadzie udzielonym portalowi http://ultimateclassicrock.com, Earl Slick, gitarzysta i stary współpracownik Bowiego opowiada o tym, jakim wyzwaniem było trzymanie buzi na kłódkę.  Byłem na okładce świątecznego wydania Gitar Playera, mówi Slick. Poświęcili mi całe 14 stron, a ja nie mogłem pisnąć ani słowa!  Podziwiam. No, ale pracując dla takiego nazwiska, naprawdę warto stoczyć zwycięski bój ze swą słabą wolą.

Czekamy i przebieramy nogami! Rok 2013 już na pewno będzie rokiem Davida Bowiego.

W którejś z następnych odsłon pozwolę sobie zaprezentować wam piątkę najważniejszych dla mnie albumów Bowiego, tymczasem teraz zapraszam do obejrzenia klipu, który wyskoczył, jak to mawiają Anglosasi, out of the blue.

Cóż, jest on osobliwy i nie każdemu przypadnie do gustu. Wygląda na odjazd artysty – minimalisty i być może wymaga osobnego wyjaśnienia ze strony samego autora, jednak muzyka, którą ilustruje jest zaiste przednia. Niby nic takiego, spokojny, niemal intymny utwór, wymruczany wręcz przez Bowiego, ale sami przyznajcie, że coś w tym siedzi. To jest właśnie to, czym czarował nas przez wszystkie te lata, niezależnie od tego, z jakim muzycznym nurtem popłynął. Tony Visconti, wieloletni (sprawdźcie w dyskografii) producent i współtwórca repertuaru Davida, twierdzi, że wybór Where Are We Now? jest dla niego niezrozumiały. Jeśli wierzyć jego słowom (a właściwie, czemu nie) całość płyty ma zdecydowanie bardziej rockowy i przebojowy potencjał, ale… No właśnie, to przecież David Bowie. Czego się, u licha, spodziewaliśmy? Przewidywalności? Nie ten adres!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s