Mózg w blenderze

Postawmy sprawę jasno (choć Ameryki przed Wami nie odkryję) – doskonały polski film to w większości kwestia wypadku, jakiegoś cudownego zbiegu okoliczności lub nagłego przypływu kosmicznych mocy, którymi z jakiegoś powodu ktoś lub coś postanowiło obdarować naszych zdezorientowanych filmowców. Zapewne również przypadkowo, na zasadzie paczki dostarczonej pod zły adres.

ImageSpójrzmy na te nasze wspaniałe produkcje ostatnich lat, szumnie zapowiadane blockbustery pełne Szyców, Kotów i innych Adamczyków, zadumajmy się nad ich statycznością, przedramatyzowaniem, sztucznością dialogów i niezamierzoną śmiesznością. Nawet tematy samograje realizowane są u nas z pożałowania godną nieudolnością, której nic nie jest w stanie wytłumaczyć. Nawet jeśli wysuwa się argumenty o niedostatkach budżetowych. Wybitne dzieła niejednokrotnie powstawały za przysłowiowe grosze, szanowny panie. Zabawne, że na tym celuloidowym polu bitwy jak muchy padają reżyserzy, których zdążono okrzyknąć zbawcami polskiego kina. Po jednym, dwóch przebłyskach, powiedzmy, geniuszu, które rozpalają nas do czerwoności, wylewają nam na głowę cysternę zimnej wody. Całe napięcie opada, pozytywne emocje ustępują miejsca znajomemu rozczarowaniu. Jak po meczu polskiej reprezentacji. No i wracamy do Hollywood, a nawet za naszą południową granicę, gdzie jednak potrafią kręcić rewelacyjne filmy. Strasznie marudzę, prawda? No, ale weźmy takiego Patryka Vegę. Pamiętacie jaki szum wywołał jego debiutancki Pitbull? Faktycznie, był to kawał porządnego, wzorowo zrealizowanego i mistrzowsko zagranego kina policyjnego. Serial był jeszcze lepszy, bo w pełni mogliśmy doświadczyć tej dusznej, gęstej wręcz atmosfery „psiego” (przepraszam za to okropne określenie, ale w tym przypadku pasuje idealnie) życia. Bez bohaterstwa, bez napuszonych kwestii i durnej martyrologii. Do tego doszły pełnokrwiste postaci z niepokojącą lekkością wykreowane przez Dorocińskiego, Stroińskiego, czy Grabowskiego. Minęło pięć lat, Patryk Vega został zamordowany i zastąpiony swoim złym doppelgängerem, który przeraził nas Ciachem i Klossem. A już za rogiem czai się Last Minute. Strzeżcie się.

Tyle w ramach (w pełni uzasadnionego) plucia żółcią. Czas na akcent optymistyczny. Mamy, moi państwo, samotnego wojownika, który wybija się z tej parady nieudolności. Imię jego Wojciech, a nazwisko Smarzowski. Pamiętam, że do Wesela podchodziłem z dość dużą rezerwą. Po rekomendacjach znajomych, którzy film obejrzeli przede mną, spodziewałem się raczej kolejnej komedyjki typu Chłopaki nie płaczą, czy następnego Poranku Kojota. Tym większy był mój entuzjazm, gdy wraz z kolejnymi mijającymi minutami seansu, przekonywałem się, że oglądam właśnie coś zupełnie innego. Może i był to po prostu sfilmowany obrazek satyryczny (taki z teki Raczkowskiego), czy też fabularyzowany felieton, który za pomocą pełnej przygód imprezy (tak jak u Wyspiańskiego z resztą), ośmieszał nasze rozmaite przywary, ale jakże to było wykonane! Nawet jeśli wiele scen wywoływało u mnie śmiech, to konkluzja zawsze była gorzka. Żaden pusty ubaw, żadna rozrywka dla ubogich na umyśle. No i jeszcze ten niesamowity, charyzmatyczny, późno odkryty Marian Dziędziel i szczęśliwie wyrwany z macek telenoweli, rewelacyjny Bartek Topa. Wesele zostało w mojej głowie i już wtedy powiedziałem, że czekam na kolejny film Smarzowskiego (wtedy był to jeszcze „ten od Wesela”). Cztery lata później, w 2009 roku, dostałem Dom zły, po którym mój mózg funkcjonował jak potraktowany blenderem. Zdarza się, że film wychyla się poza swój gatunek, najpierw delikatnie, a następnie coraz śmielej zagarniając sobie poletko należące do innego. Trzeci film Smarzowskiego (bo pierwsza była mniej znana Małżowina) w rzeczywistości był cholernie smutnym dramatem, który jednak co chwila przechodził w zawiesisty, mroczny thriller. To przenikanie się gatunków było tak naturalne, wynikające z przyczyn tak ludzkich, bo dotyczących naszych ułomności i drzemiącego zła, które budzi się w nas często w najmniej spodziewanych momentach. Mistrzostwo. Oczywiście nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie nokautujące trio Dziędziel – Jakubik – Preis plus jak zwykle świetny Topa i wyjątkowo przekonujący Więckiewicz na dokładkę. No i te wirtuozerskie (pomysł, realizacja, zdjęcia!) ostatnie minuty, kiedy wszystko staje się tak cholernie jasne! Po takim obrazie, Róża nie była już zaskoczeniem. Każdy wiedział czego się spodziewać. Kevlarowe kamizelki dla wrażliwości i emocji czekały w pogotowiu. A Smarzowski znów nie zawiódł serwując nam film intensywny, rewelacyjnie zrealizowany i zagrany. No właśnie – zagrany. Bo aktorów, szanowni państwo, trzeba umieć poprowadzić. Fajnie, że Smarzowski ma swój gang, który, w różnych konfiguracjach, możemy zobaczyć w każdym jego filmie. W podobny sposób działa na przykład Scorsese, u którego stały etat miał niegdyś DeNiro, a później odratowany z Titanica DiCaprio. Takie coś się sprawdza, ekipa uczy się siebie nawzajem, nabiera naturalności, rozumie bez słów. Wszystko to działa na rzecz tego, co dostaje później widz. Zanim ktoś zarzuci mi mędrkowanie, przyznaję wprost, że jeśli chodzi o filmowy plan, jestem laikiem. Jednak pewne rzeczy po prostu widać. I tyle.

Wkrótce będę się emocjonował Drogówką (właściwie to już się emocjonuję), której trailer możecie obejrzeć poniżej. Na planie, jak widać, znów Topa, Jakubik i Dziędziel, po Róży został Dorocinski i Lubos. Świetnie. Rzekłbym nawet – zajebiście. To jak najlepszy skład kapeli rockowej. Możemy się zatem spodziewać prawdziwego koncertu, na którym zobaczymy bezlitosnego reżysera o skłonnościach sadystycznych, cholernie sprawnego scenarzystę i balansujących na ostrzu brawury aktorów. Granie będzie ostre. Prepare your armor.

Na koniec muszę się jeszcze odnieść do mojej wypowiedzi z początku niniejszego tekstu, gdzie pozwoliłem sobie dość śmiało pojechać po kilku polskich aktorach. Owszem, uważam, że są w stanie zagrać dobre role, jednak wciąż, film za filmem, rozmieniają się na drobne sprawiając, że pisze się o nich z takim właśnie lekceważeniem. No, sorry panowie.

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s