Komiksowe Manifesto

Jakoś tak się u nas utarło, że komiks to drukowany śmieć serwowany wprost pod zaślinione gęby kulturowych retardów, którym nie chce się sięgnąć po prawdziwą literaturę (czyt.: taką bez obrazków). Słyszałem nawet, że z komiksów powinno się wyrosnąć, kiedy nabierze się już nieco wiedzy o tym, co czytać należy. Doszło nawet do tego, że komiks stał się w pewnym sensie tematem tabu.

ImageSamo przyznanie się do czytania komiksów odbierane jest przez tak zwaną dojrzałą część społeczeństwa jako oznaka niedojrzałości. W najlepszym wypadku uznaje się takiego osobnika za sympatycznego dziwaka z kompleksem Piotrusia Pana. Kolega z biura uśmiechnie się z pobłażaniem, dziewczyna uniesie brew i zmieni temat, co jest wyrazem krańcowego niezrozumienia (wtedy wiedz, śmiałku, żeś u niej stracony). Myślicie, że przesadzam? Zapytajcie znajomego entuzjastę powieści graficznych (wedle terminologii anglosaskiej), a on wam prawdę powie. Tymczasem we Francji, czy Belgii bandes dessinées egzystują na równi z książkami, a wręcz uznawane są za najprawdziwsze dziedzictwo kulturowe kraju.

Zapewne sytuacja przedstawiałaby się inaczej, gdyby miała u nas szansę w pełni rozkwitnąć komiksowa kultura. Historie obrazkowe w kraju nadwiślańskim egzystowały zawsze gdzieś na uboczu, służąc przeważnie za opowiastki dydaktyczne dla najmłodszych. Za tzw. komuny nie było mowy, by dopuszczono do druku rzecz nie zawierającą wyraźnego pierwiastka edukacyjnego, bądź wręcz ideologicznego. Komiks miał bawiąc uczyć i kropka. Choć byli tacy mistrzowie jak Henryk Jerzy Chmielewski, ojciec Tytusa, Romka i A’Tomka, czy Janusz Christa, stwórca Kajka i Kokosza (wcześniej Kajtka i Koko). Ta cwana dwójka z wirtuozerią pogrywała sobie tą zasadą, z jednej strony ładując w swoje książeczki tony prawd z teki Wujka Dobrej Rady, a z drugiej robiąc wyraźne oczko w stronę czytelnika. Dlatego właśnie ich twórczość nie zestarzała się ani trochę i wciąż zdobywa sobie nowych wielbicieli. Oczywiście, z biegiem czasu nacisk partyjnych edukatorów malał i pojawić się mogły rzeczy tak światowe jak genialnie odjechane dzieła Tadeusza Baranowskiego (Antresolka Profesorka Nerwosolka jest dla mnie absolutną świętością!), ale wizerunkowi komiksowej sztuki w Polsce nic już nie mogło pomóc. Myślę, że są pewne kulturowe zniszczenia, których nic nie jest w stanie nadrobić. Nawet masowy wysyp tego, czego nam kiedyś tak bardzo brakowało.

Dowodem na to są przełomowe lata 90-te i wielki komiksowy boom zainicjowany przez wydawnictwo TM-Semic (Chwała, chwała, chwała!).Wyobraźcie sobie, że dostaliśmy cały ten obrazkowy świat z facetami i kobitkami w obcisłych spandeksach, przed którym za reżimu tak bardzo nas strzeżono. Każdego miesiąca można było zerwać się rano z wyra, podreptać do pobliskiego kiosku i nabyć zeszyt z przygodami Batmana, Supermana, X-Men, Spider Mana, Punishera, etc. Czego dusza pragnie! Ba, w pierwszym rzucie uraczono nas nawet kontrowersyjnym, brutalnym i absolutnie rewelacyjnym Zabójczym żartem Alana Moore’a i Briana Bollanda! Jako ośmioletni berbeć dostałem od rodziców od razu najbardziej radykalne wcielenie Batmana w opowieści zdecydowanie dla dojrzałego czytelnika (ten słynny crotch shot Jokera oddany w stronę Barbary Gordon, brrr…). Raj, mości państwo, prawdziwy komiksowy Eden! Ale, tak jak rzekłem pod koniec poprzedniego akapitu, damage’s done. Wielka rewolucja nie nastąpiła. Po kilku latach względnej prosperity, pod koniec dziewiątej dekady XX wieku zainteresowanie komiksami zaczęło maleć, aż w końcu TM-Semic musiało zwinąć żagle. Superbohaterowie wrócili do kiosków jeszcze na moment za pośrednictwem tygodnika Dobry Komiks, ale i on zdechł szybciutko, a komiks ostatecznie zszedł do snobistycznego podziemia, w którym tkwi po dziś dzień.

No tak, chcąc mieć dużo dobrego superbohaterskiego (i nie tylko, bo komiks to nie tylko superheroes, moi kochani) stuffu trzeba się nieźle naoszczędzać, gdyż sklepy komiksiarskie oferują prawie wyłącznie ekskluzywne wydania zbiorcze. Jasne, wygląda to świetnie i z punktu widzenia sprzedażowego ma większy sens, skoro zeszytówki przestały mieć u nas wzięcie dawno temu, ale faktem jest, że komiks stał się w Polsce poletkiem tylko dla freaków. Bo kto inny jest gotów wydać 60 peelenów na 100 stronicową historyjkę? Dla mnie w pewnym momencie zakup powieści graficznej stał się czymś w rodzaju święta. Szmal odłożony, zainwestowany, hardcover na półce. Owszem, uczucie fajne, ale to nie tak miało być. Komiks to masówka. Batman winien prężyć muskuły na kioskowej wystawie!

ImageNo to dostałem upragnioną serię! Na początku grudnia wydawnictwo Hachette wreszcie ruszyło z wydawaniem Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Rzecz wygląda imponująco: twarda, lakierowana okładka, kredowy papier, bonusy w postaci szkiców, reprodukcji oryginalnych okładek plus sylwetki twórców i historie postaci. Gruba sprawa. Jakość wydania na najwyższym levelu. Wybór historii przedni (wbrew temu co wypisują niektóre no life’y z http://www.forum.gildia.pl/index.php?topic=34605.0), bo oprócz tytułów nowszych, takich jak X-Men: Gifted, czy Iron Man: Extremis, dostaniemy kanoniczne X-Men: Dark Phoenix Saga, czy Spider Man: Kraven’s Last Hunt! Alleluja! Niestety, z racji ceny nie zmieni to freakowo – snobistycznego statusu komiksu w naszym kraju. Tak jak napisałem, Hachette proponuje pozycje ekskluzywne, których cena dla większości dzieciaków jest najzwyczajniej w świecie nieosiągalna. Dlatego właśnie po serię sięgną podobni mi panowie wychowani na TM-Semic, którzy WKM traktować będą wręcz jak relikwię. A może to lepsze niż nic? Zapewne. Ja z przyjemnością uzupełniał będę braki w swoim komiksozbiorze, co jakiś czas przetrę zakurzone grzbiety i raz w tygodniu z drżeniem rąk przejrzę strony pełne tego, co się u nas, cholera, przyjąć jakoś nie potrafi.

Podsumowując i odnosząc się zarazem do moich początkowych utyskiwań, komiks już jakiś czas temu stanął na równi z książką. Arcydzieło i knot mogą pojawić się po obu stronach barykady. Ostatnio nawet łatwiej wskazać mi szmirę w świecie literatury. Bracia i siostry, powiadam Wam, po stokroć lepiej sięgnąć po dzieła Alana Moore’a, Neila Gaimana, Mike’a Mignoli czy Franka Millera niż, posługując się najprostszymi przykładami z ostatnich lat, np. sagę Zmierzch, czy 50 twarzy Graya. Nie dość, że lepiej to napisane, to jeszcze można się pozachwycać doskonałymi ilustracjami Mignoli, Melindy Gebbie, czy Dave’a McKeana. Jeśli kochacie komiksy, czytajcie je jawnie i nie ważcie się tego wstydzić. OK, jeśli chodzi o kulturę obrazkową, Polska jest stracona, a Iron Man prędzej pojawi się na t-shircie hipstera niż na jego półce, ale co z tego. Wciąż są komiksiarnie takie jak ta: http://www.komiksiarnia.pl/ i, na przykład, seria Hachette. Wystarczy odłożyć parę zeta (ci, co niezamożni) i zafundować sobie odrobinę (a może nawet więcej) radochy. See ya!

Image

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s