Potwory, korsarze i burzące kule, czyli kto nam najlepiej grał w 2012 roku. Część 1.

Blog, który właśnie przeglądasz (a może nawet czytasz) nosi wiele znaczący tytuł Popkulturalny, co oznacza, że wpisuje się w pewien konkretny rodzaj internetowej publicystyki, który kocha rozmaite zestawienia okolicznościowe. Powodów do zrobienia top listy może być wiele, włączając urodziny, śmierć, upadek i powrót artysty. Tym razem jednak pozwolę sobie wykorzystać najbanalniejszą z okazji. Tak się akurat złożyło, że pożegnaliśmy rok 2012 i pełni nadziei oraz lęku, witamy 2013. Przez ostatnie dwanaście miesięcy nazbierało się na moich półkach tyle płyt, książek i filmów, że warto by to wszystko jakoś podsumować. Postawiłem sobie dwa warunki. Po pierwsze, wybiorę tylko jedną kategorię, po drugie, ograniczę się do pierwszej dziesiątki. Dla tych, którzy mnie znają nie będzie zaskoczeniem, że wybrałem muzykę. Czy dlatego, że najłatwiej? Może i tak. Prawdą jest, że płyty to dla mnie najwdzięczniejszy temat na tego typu top listy. Chociaż, szczerze mówiąc typowanie zwycięzców było dla mnie procesem bolesnym, bo kilku faworytów musiałem z niemałym żalem usunąć poza pierwszą dziesiątkę. Przypuszczam, że za dwa miesiące, a może pół roku, spojrzę na ten zestaw i stwierdzę, że pozmieniałbym co nieco. Chyba, że brzytwa Ockhama zadziała na tyle, że to, co przeczytacie poniżej okaże się muzycznym monolitem roku minionego.

A jaki był 2012? Cóż, po raz kolejny w zestawieniu przeważają artyści sędziwi, co każe się poważnie zastanowić nad kondycją rock and rolla na początku XXI wieku. Ok., przyjmijmy, że rock ma się dobrze i wbrew chybionym proroctwom malkontentów, wcale nie zamierza umrzeć. Ale czy nie jest niepokojącym, że przy życiu trzyma go cała armia, z całym szacunkiem, niezwykle witalnych dziadków? Spójrzmy w dół na tę moja dziesiątkę, gdzie jedynie 35 letni Joe Bonamassa reprezentuje młode pokolenie! Co będzie, kiedy zabraknie Bossa, Slasha, Glenna Hughesa i Van Halen, a zespół Kiss zejdzie ze sceny? Trudno sobie to nawet wyobrazić! Nie chcę rozwlekać wstępu nudnymi dywagacjami dotyczącymi istoty tego problemu, bo ani na to czas, ani miejsce. Powiem tylko, że winne są media. One i tylko one. Kropka.

Poniżej pierwsza piątka. Wyłamując się z zasady, że należy zaczynać od miejsca ostatniego, od razu pokażę wam, kto w 2012 roku był bossem…

Image1. Bruce Springsteen – Wrecking Ball

No właśnie… There can be only one, cytując Connora MacLeoda. Po zaledwie dobrym Working On A Dream, Boss wraca ze wzmożona siłą, zabierając nas w ekscytującą muzyczną podróż przez tradycję i nowoczesność. Wrecking Ball pochłonął mnie bardziej niż jakikolwiek inny album na przestrzeni ostatnich lat. Dawno nie słyszałem takich fajerwerków muzycznej kreatywności i prawdziwej brawury. Szczególnie u doświadczonego i, wydawałoby się, zblazowanego dinozaura sceny, który niczego nie musi już udowadniać, ni odkrywać. Bruce Springsteen kocha muzykę, jej komponowanie i wykonywanie. Liczy się ze swoimi fanami, ale wie także, że nie może stać w miejscu. Dlatego momentami jest bardzo odważnie, a klasyczny rock śmiało romansuje z folkiem, gospel, a nawet bezpieczną odrobiną nowoczesności. Wrecking Ball pulsuje emocjami, inspiruje, jest definicją prawdziwej muzyki, która ucieka od zachowawczości. Dodajmy jeszcze mistrzowskie wykorzystanie studia, które powinno być wzorem dla całego muzycznego świata. Jestem pewien, że długo żaden artysta nie będzie w stanie przeskoczyć poprzeczki zawieszonej przez Bossa za pomocą tej właśnie płyty. Prawdopodobnie podniesie ją sam Springsteen, jak to zwykł czynić na przestrzeni lat

Image2. The Cult – Choice Of Weapon

Tutaj powinna się pojawić kolejna kategoria – zaskoczenie roku. Po raczej słabym Born Into This z 2007 roku, najbardziej amerykański spośród brytyjskich zespołów wraca, by udowodnić zawiedzionym, że stary ogień nie wszystek zgasł. Nie wiem jak to zrobili, ale udało im się! Choice of Weapon jest prawdziwą esencją, wyciągiem z tego, co w The Cult najlepsze. W niespełna czterdziestu jeden minutach zamknięto przebojowość albumu Sonic Temple, szamańskość Ceremony, gęstą atmosferę Beyond Good and Evil, czad Electric i przestrzenne brzmienia kojarzące się z Love. Wyczuwam tutaj robotę rogatego, bo taka nagła eksplozja kompozytorsko – wykonawcza nie może być dziełem przypadku. Spokojnie stawiam Choice of Weapon obok klasycznych dzieł The Cult.

Image3. Joe Bonamassa – Driving Towards the Daylight

Młody nie próżnuje i od kilku lat z pozazdroszczenia godną regularnością zawstydza cały muzyczny świat. Tak, to Joe rozdaje karty w krainie klasycznego rocka, hard rocka i blues rocka, wyciągając go z lamusa i ponownie stawiając w światłach jupiterów. I to bez żałosnego sięgania po jakieś nowe trendy. Bonamassa już teraz stoi w jednym rzędzie z takimi tuzami jak Clapton, Blackmore i Page, wspaniale kontynuując wyznaczoną przez nich drogę. Jest w tym cholernie konsekwentny i bardzo uparty jeśli chodzi o trzymanie się zasad ukutych przez mistrzów. Ale to działa! Driving Towards The Daylight, tak jak jej rewelacyjna poprzedniczka Dust Bowl z 2011 roku, to płyta doskonała, która cementuje status Bonamassy jako nowego rockowego klasyka. Utwory są piękne, solówki odpowiednio soczyste, a brzmienie… Ah, zagraj to raz jeszcze, Joe!

Image4. Kiss – Monster

Dobrze, że Simmons i Stanley to takie cholerne kłamczuchy i żadna z pożegnalnych tras nie okazała się rzeczywistym końcem ich kariery. Czterdzieści lat na scenie, dziesiątki wydanych płyt, setki milionów dolarów na ich Kiss-kontach, a im się jeszcze chce. Mało tego, po latach rozmaitych kompozytorsko – producenckich kolaboracji, wyrzucili ze studia wszystkich współautorów i wzięli sprawy w swoje ręce. Zadziałało! Potwór zaryczał! Jeśli ktoś zapyta mnie o najlepszą muzyczną definicję rocka sformułowaną w ostatnich latach, bez wahania zapoznam go z tą muzyczną bestią. To krzepiące, że latach personalnych roszad udało im się nagrać mocny i tak kissowo – przebojowy album! Miejmy tylko nadzieję, że nie po raz ostatni.

Image5. Slash – Apocalyptic Love

Drugie zaskoczenie roku, bo wiedziałem, że będzie dobrze, ale nie miałem pojęcia, że aż tak! Chwała bogom rocka za Mylesa Kennedy’ego, który dał Slashowi to, czego mu naprawdę brakowało – idealnego wokalistę z doskonałym głosem. Apocalyptic Love jest dla mnie kwintesencją hard rockowego pierdolnięcia, bez oglądania się na to, co obecnie modne. Ten album jest tak bezczelnie niemodny, że aż miło. No, ale na tym polega prawdziwy hard rock, panie i panowie. Chcecie solidnych riffów? Macie! Tęsknicie za oldschoolowymi solówkami? Proszę bardzo! Brakuje wam utalentowanych, wysoko śpiewających wokalistów? Posłuchajcie Mylesa! Może narażę się wielu fanom Guns N’ Roses, ale muszę to powiedzieć głośno – Axl NIGDY nie był tak dobry jak Kennedy!

CDN.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s