POTWORY, KORSARZE I BURZĄCE KULE, CZYLI KTO NAM NAJLEPIEJ GRAŁ W 2012 ROKU. CZĘŚĆ 2.

Bez zbędnych przemówień wstępnych, zapraszam na drugą piątkę najlepszych płyt minionego roku. A na deser parę słów o (równie zaszczytnych) miejscach 11 – 20. Enjoy!

Image6. Europe – Bag Of Bones
Europe po 2004 roku i Europe lat 80-tych to dwa różne zespoły – z tym pogodziliśmy się już dawno. Skład pozostał klasyczny, jednak podejście do grania uległo radykalnej zmianie. Czy to źle? W żadnym wypadku, gdyż mamy do czynienia z piątką cholernie zdolnych i płodnych artystów, którzy nie potrafią zejść poniżej swojego – wysokiego – poziomu. Bag Of Bones to kolejna wolta muzyczna Szwedów. Tym razem zespół postanowił spojrzeć za siebie, jednak nie na czasy The Final Countdown, lecz na lata 70-te – złotą erę hard rocka. Worek Kości brzmi jak dojrzały, autorski hołd dla potęgi hard rocka. Dominują majestatyczne riffy, kompozycje są wręcz monolityczne, a melodie – od zawsze mocna strona Europe – po prostu urzekające. Wisienką na torcie jest głos Joego Tempesta, który wraz z upływem lat nabrał lekkiej chrypki, ale nie stracił absolutnie nic ze swej mocy. Wciąż Ekstraklasa.

Image7. Black Country Communion – Afterglow
I pomyśleć, że supergrupa Black Country Communion mogła się okazać jedynie efemerydą. Jakaż by to była strata dla muzycznego świata! Na szczęście między Glennem Hughesem, Joem Bonamassą, Jasonem Bonhamem i Derekiem Sherinianem zadziałała najprawdziwsza chemia, dzięki czemu możemy się cieszyć ich trzecim studyjnym krążkiem. Afterglow nie przynosi żadnych zmian w stosunku do dwóch poprzednich albumów. Wciąż do czynienia mamy z najprawdziwszym hard rockiem ze skłonnością do pysznych popisów instrumentalnych. Prym wiedzie charyzmatyczny duet Hughes – Bonamassa. Glenn co rusz udowadnia, że jego głos jest nie do zdarcia. I ta jego gra na basie – szatańska robota! Joe, jak to Joe, jest uparcie doskonały. Dzięki perkusji Jasona Bonhama momentami robi się naprawdę ledzeppelinowo (rodzinna tradycja zobowiązuje!) , natomiast hammondy Sheriniana przywołują klimaty zdecydowanie purpurowe. Odjazd. Czy można chcieć czegoś więcej?

Image8. Mark Knopfler – Privateering
To nazwisko jest jak sprawdzona marka. Każdą kolejną płytę Knopflera możesz kupić w ciemno i na pewno będziesz zadowolony. Zdumiewające jaką ten facet ma lekkość komponowania prostych, ale cholernie urzekających kompozycji. Niby ta sama receptura, ale wciąż coś nowego. Ten niepowtarzalny głos, ciepło brzmiąca gitara i cudowne melodie nie nużą nawet jeśli są podane na dwóch krążkach. No właśnie, Privateering to album dwupłytowy, dostajemy zatem prawie dwie godziny premierowego materiału! Pytacie, czy to aby nie przesada? Ani trochę! Wiecie dlaczego? Bo słuchając tej muzyki towarzyszy nam najwspanialsze z możliwych uczuć – czujemy się jak w domu.

Image9. Van Halen – A Different Kind Of Truth
To dopiero powrót! Wielu już dawno postawiło kreskę na jednym z najbardziej wpływowych zespołów w dziejach hard rocka i heavy metalu, a tutaj taka niespodzianka! Do składu wrócił David Lee Roth, zabrakło natomiast Michaela Anthony’ego. Za bas złapał Wolfgang Van Halen, syn Edwarda. Profanacja, nepotyzm? Spokojnie, Mike’a mamy Chickenfoot, zatem daleko nie uciekł. A jaki jest ten Inny rodzaj prawdy? Cóż, rzekłbym, że to nareszcie nasza upragniona stara prawda. Wróciła ta niepowtarzalna gitara, ten wyjątkowy sposób grania, to riffowanie i te solówki – wciąż najlepsze na świecie. Tęskniliśmy za Eddiem Van Halenem przez długie, długie lata i w końcu możemy się sycić obfitością jego stylu. Ten album śmiało mógłby powstać w latach 1978 – 1981.

Image10. Tom Jones – Spirit In The Room
Podoba mi się to, co nagrywa ostatnio Tom Jones. Kiedy stuknęła mu 70-tka (w roku 2010) postanowił nagrać szorstki, ascetyczny, szalenie emocjonalny album Praise and Blame. Było to najlepsze z możliwych posunięć. Oczywiście, maskę faceta od Sex Bomb zdjął już w roku 2008 przy okazji doskonałego albumu 24 Hours, ale dopiero ostatnio jego muzyczne poczynania stały się tak bardzo radykalne. Płyta Spirit In The Room, tak jak jej poprzedniczka, zawiera materiał skrajnie obdarty ze studyjnej roboty. Dominuje przede wszystkim wspaniały głos – wciąż niewyobrażalnie mocny, choć przybrudzony lekką chrypką. Instrumentarium ograniczono do minimum, pozostawiając klasyczny zestaw – gitara (głównie akustyczna), fortepian, bas i perkusja. Bardzo dojrzały muzyk sięga do swoich korzeni – radykalnie i ze wspaniałym efektem końcowym. Jeszcze kilka takich płyt, Mr. Jones.

11. The Darkness – Hot Cakes
Czekałem na ten powrót siedem długich lat! Ok., może nie ma tu przebojowości Permission to Land, ani szalonego przepychu One Wat Ticket to Hell… and Back, ale najważniejsze, że znów są z nami! Niech już zostaną na dobre!

12. Magnum – On The 13th Day
Magnum nie ma zwyczaju nagrywania złych płyt. On The 13th Day daje nam to, czego od nich zawsze oczekujemy. Bajkowy klimat, eleganckie kompozycje i szlachetny głos Boba Catleya – zestaw idealny.

13. Devil’s Train – Devil’s Train
Ktoś tu, zdaje się, posiadł przepis na porządny kawałek hard rocka! Odrobina Whitesnake, szczypta Black Label Society, mnóstwo świetnych melodii. No i jest – jedna z płyt roku! Polecam przejażdżkę tym pociągiem. Zapewniam, że będziecie chcieli do niej wrócić.

14. DeWolff – DeWolff IV
DeWolff to osobliwy ansambl, który postanowił grać dokładnie tak jak grało się na przełomie lat 60-tych i 70-tych XX wieku. Mamy tu zatem klimat zdecydowanie kwasowy, co przywodzi na myśli takie zespoły jak Iron Butterfly, Atomic Rooster czy Blue Cheer. Od kilku lat jestem nimi poważnie zainteresowany. Kawał porządnej, uzależniającej muzyki!

15. Foxy Shazam – The Church of Rock and Roll
Muzyczni koledzy The Darkness, czyli dużo szalonego glam rocka rodem z lat 70-tych, histeryczne wokalizy i porywająca muzyka. To jest ich najlepszy album, a każdy poprzedni sygnalizował zdecydowaną tendencję zwyżkową. Cóż, zobaczymy co będzie dalej. Tak, czy siak, brytole z The Darkness powinni bacznie obserwować swoich kolegów zza Atlantyku.

16. ZZ Top – La Futura
Ostatnie lata są czasem wielkich powrotów. Brodacze także postanowili dać ze swojej strony coś absolutnie nowego i zaprosili nawet w tym celu Ricka Rubina. Wyszło tradycyjnie, bluesowo, choć szorstko i brudno. Takie połączenie pasuje idealnie do muzyki Teksańczyków. Godny come back.

17. Tenacious D – Rize of the Fenix
Ta dwójka to kupa radochy, a do tego kawał porządnej muzyki. Jack Black i Kyle Gass po raz kolejny udowadniają, że o muzyce mają pojęcie, a komponowanie świetnych numerów to dla nich pestka. Zdecydowanie najlepszy album Tenacious D.

18. Ultravox – Brilliant
Czy mówiłem coś o wielkich powrotach? Tutaj mamy jeden z największych. Wzruszaliście się przy albumie Vienna? Porywał was zimny, noworomantyczny klimat Rage In Eden? Jeśli tak, to będziecie uradowani, bo Midge Ure na całego zanurzył się w swoich starych klimatach.

19. Rush – Clockwork Angels
Pierwszy od lat 70-tych koncept album w dyskografii Rush. Prawdziwy muzyczny przepych i mistrzostwo wykonawcze, a do tego świetna historia w duchu najlepszych dzieł science fiction. Dlaczego nie w pierwszej dziesiątce? Cóż, mnie i Clockwork Angels czeka jeszcze kilka poważnych sesji zapoznawczych.

20. Wig Wam – Wall Street
Uwielbiam ten norweski band, są tak nieznośnie zabawowi, a przy tym konstruują dokładną kopię 80-sowego, tapirowanego grania. Zawsze z sukcesem, bo jak dotąd każdy ich album stał na wysokim poziomie. Nie inaczej jest w tym przypadku. Sama radość!

W ten sposób dobrnąłem do końca. Oczywiście, tak jak wspominałem we wstępie do pierwszej części zestawienia, co do kilku moich wyborów wciąż nie mam pewności. Tak, czy siak, macie przed sobą 20 płyt nagranych w 2012 roku – prawdziwe muzyczne kompendium nowości. Zestawienie napawa optymizmem, bo naprawdę trudno było wybrać spośród tych wszystkich świetnych płyt! Cieszą te cudowne powroty i miejmy nadzieję, że przypływ będzie trwał również w roku 2013. David Bowie już wrócił, zatem w tej kategorii trudno będzie o większe zaskoczenie. Życzyłbym sobie więcej młodych załóg na rockowym firmamencie. Trzeba dać szanse tym wszystkim zdolnym zespołom, które nie mogą się przebić do mainstreamu, bo w końcu rzeczywiście świat rocka będzie podtrzymywany przy życiu li tylko przez praojców.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s