ENEMEF: polskie kino 2012/2013. Dwóch sprawiedliwych, Benny Goodman i… Sęp. Część 1.

Poszedłem do kina na ENEMEF. Spędziłem osiem godzin oglądając cztery najnowsze polskie produkcje. Drogówka, Pokłosie, Sęp i Mój rower odfajkowane. Ok., teraz przez dwa najbliższe artykuły brzmiał będę jak nieślubny syn pana Sobolewskiego (z całym należnym mu szacunkiem). Wybaczycie?

Szczerze mówiąc, nie lubię ENEMEFów. Owszem, cel takiej imprezy jest szczytny, bo oto za stosunkowo małe pieniądze (koszt jednego seansu) możemy zobaczyć cztery nowe filmy, jednak nie za bardzo odpowiada mi jej skład osobowy. Jako, że rzecz dzieje się w godzinach nocnych, bardzo często obok osób, które faktycznie chcą coś obejrzeć, rozsiada się rozradowana chipsowo – piwna hałastra. Film się zaczyna, na ekranie pierwsze sceny, a ci gaworzą na całego, szeleszczą tymi swoimi torebczynami, otwierają puszki, rechoczą na całe gardło. Do dzikiej furii doprowadza mnie poważna scena spieprzona brzdękiem trąconej butelki, bądź durnym komentarzem. Żaden ze mnie pierdoła, ale znam tysiąc lepszych miejsc na party hard niż sala kinowa. Z przykrością muszę stwierdzić (choć do mizoginów nie należę), że w dyskusjach podczas trwania filmu przodują panie. Być może chodzi o pewien rodzaj emocjonalności, który nie pozwala myślom długo siedzieć w głowie i trzeba je natychmiast zrealizować werbalnie. Dziwi mnie, że pewnych refleksji nie można sobie zachować na później. Czy naprawdę nie lepiej w pełni zanurzyć się w fabułę, dać jej się ponieść, by móc powyciągać wnioski i stwierdzić, że nie wydało się kasy na kolejne kumplowskie posiadówy przed laptopem? W porządku, to tyle jeśli chodzi o tatusiowe narzekanie na niesforną młodzież.

ImageDlaczego zatem wybrałem się na ENEMEF (pomijając fakt, że miałem bilety w znacznie niższej cenie)? Powody były dwa: Drogówka i Pokłosie. Właściwie powinienem napisać Smarzowski i Pokłosie, bo nie jest dla mnie ważne, co nakręci ten pierwszy pan – każde jego dzieło łykam, przepraszam za trywialne porównanie, jak młody pelikan. Z Pasikowskim sprawa przedstawia się zupełnie inaczej, dlatego zacznijmy może od niego. Twórca Psów miał swój wspaniały czas na początku lat 90-tych, kiedy jak z rękawa sypał filmami, które zupełnie zmieniały polskie kino. Kroll i Psy były jak nowe, ulepszone paliwo dostarczone tej naszej kinematograficznej machinie. Wydawało nam się wtedy, że Ameryka puka do naszych odrapanych drzwi. Nawet jeśli nie do końca tak było, to dostaliśmy od Pasikowskiego idealną odmianę w stosunku do dość zachowawczego kina lat poprzednich. Niestety, formuła szybko się wyczerpała, a jego kolejne obrazy niebezpiecznie cwałowały w stronę niezamierzonej autoparodii, której zwieńczeniem był tragiczny Reich. Pozytywne recenzje Pokłosia napełniły mnie nadzieją, że wreszcie ta zła passa została przełamana. Byłem pozytywnie nastawiony, co jak wiadomo, czasem jest przysłowiowym strzałem w kolano przed pierwszym seansem. Szczęśliwie ostałem się suchy, wiadro zimnej wody nie spadło na mnie z donośnym chlupotem. Szczerze mówiąc, nie skapnęła z niego ani kropla. Pokłosie jest mocnym powrotem do starej, dobrej formy. Twórca Psów znów może być traktowany poważnie, a my z radością wypatrywać możemy jego nowych projektów. Podoba mi się sposób w jaki Pasikowski przetrawił tę trudną historię. Zamiast robić kino przeintelektualizowane, nachalnie symboliczne (zmora naszych twórców), postawił na niepokojący nastrój, dość mroczną atmosferę oraz rozwiązania rodem z dobrego thrillera. Zapomnijmy o padaniu na kolana, usprawiedliwianiu świństw i szukaniu sprawiedliwych wśród motłochu! Bohater grany przez Macieja Stuhra jest śledzony przez sąsiadów niechętnych rewizji historii swojej wsi, a ci robią to w sposób godny najlepszych stalkerów znanych z kina grozy. To prześladowanie nasila się z każdą chwilą, od słownych obelg, przez niszczenie mienia, aż po zastraszanie i przemoc. Droga od werbalnej do fizycznej makabry jest tutaj zaskakująco płynna i oczywista. Być może komuś wyda się to dziwne, ale to połączenie przaśnych, wiejskich klimatów z mrożącą krew w żyłach intrygą, kojarzyło mi się lekko ze starymi filmami braci Cohen.Image Pomyślałem sobie, że Fargo pozbawione akcentów humorystycznych, wyglądałoby właśnie tak. Czy taki zabieg nie spłycił tematu, który powinien być arcyważny dla historii naszego kraju? Czy próba uświadomienia młodym ludziom, że wśród narodu okupowanego znajdowało się również wielu katów, nie spaliła przez to na panewce? W żadnym wypadku! Powiem nawet więcej, takie przetrawienie ciężkiej materii historycznej na potrzeby widza spragnionego przede wszystkim dobrego, trzymającego w napięciu kina, podziałało zbawiennie na idący za Pokłosiem przekaz. Reakcje siedzącej obok mnie pary mówiły same za siebie. Niedowierzanie mieszało się z przerażeniem, a końcowy koktajl wywołał prawdziwe wzruszenie. Brawo, panie Pasikowski, ta przeprawa przez jeden z najtrudniejszych (jeśli nie najtrudniejszy) epizod naszej historii udała się panu w stu procentach.

ImageA teraz Smarzowski, czyli jedyny pewniak w tej filmowej gonitwie. O jego filmach rozpisałem się szczegółowo w tekście z 11 stycznia (patrz: Mózg w blenderze), dlatego tutaj wezmę na warsztat sam film. Dziwna sytuacja, bo z jednej strony doskonale wiedziałem, że wbije mnie w fotel, a z drugiej zupełnie nie spodziewałem się, że zrobi to z tak wielką mocą. Cholera, do tej pory trudno strząsnąć z siebie wszystkie te emocje, których dostarczyła mi Drogówka. Mogę brzmieć jak podjarany nastolatek, ale do cholery, nie wstydzę się tego! Unikając jałowej zabawy w przydługie wstępy i stopniowanie napięcia (zwłaszcza, że doskonale już wiecie, co chcę powiedzieć), ogłaszam wszem i wobec – Smarzowski zwycięzcą! I nie chodzi mi tylko o tę enemefową konkurencję, ale całe polskie kino ostatnich lat. Prześcignął także samego siebie, bo moim (w żadnym wypadku nie skromnym) zdaniem, Drogówka to jego opus magnum. Prosta byłaby odpowiedź na pytanie, jakie czynniki, czy też zabiegi formalne, złożyły się na ten artystyczny sukces. Trzeba by wtedy odpowiedzieć, że absolutnie wszystkie, bo w Drogówce dosłownie wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku. Konstrukcja filmu jest bardzo wyraźna – pierwsze kilkadziesiąt minut, za pomocą urywanych epizodów, pozwala nam poznać wszystkich bohaterów oraz środowisko, w którym pracują i żyją. Jest to galeria barwnych typów, postaci wypełniających swoją charyzma cały ekran. Luźno zmontowane sceny pozwalają nam zobaczyć ich w akcji, a także podczas sytuacji mniej lub bardziej prywatnych. Wyrabiamy sobie o nich zdanie, nabieramy sympatii, bądź antypatii, nierzadko tylko po to, by za kilkanaście minut te wszystkie uczucia zostały brutalnie zweryfikowane. Bo okoliczności, mili państwo, zmieniają ludzi, nawet na kinowym ekranie. Absolutne mistrzostwo w tworzeniu przekonujących postaci. Boska w tym rola Smarzowskiego, ale nie odbierajmy aktorom należnej im chwały. Tak się składa, że wtłoczona w mundury ekipa to absolutna czołówka naszego kina, galeria prymusów i cudotwórców. Grający główną rolę Bartłomiej Topa rzuca na kolana. To po prostu klasa światowa. W jego przypadku kategoria jak na polskie warunki traci rację bytu. On już jest między najlepszymi, niezależnie od tego, czy reszta świata będzie miała szansę to docenić, czy nie. Nie ustępuje mu Arkadiusz Jakubik – genialny w swojej brawurze. Ten aktor, za którego kiedyś (czasy Trzynastego posterunku) nie dałbym złamanego grosza, kradnie każdą scenę, w której się pojawia i nie bierze przy tym zakładników. Coraz wyżej pnie się Eryk Lubos, który wspaniale zagrał tutaj postać niejednoznaczną i, jak się okaże, zaskakującą. Wróżę mu wielką karierę po tym filmie. A przecież mamy tutaj jeszcze rewelacyjnego (jak niemal zawsze) Braciaka, powalającego Dorocińskiego (jedna z lepszych ról, choć czas ekranowy krótki), jak zawsze niezawodnego Dziędziela.

Interesujący jest sposób, w jaki Smarzowski wrzucił nas w wielką intrygę, która musiała w końcu nastąpić (inaczej film byłby jeno zlepkiem czasem zabawnych, a czasem wstrząsających sytuacji z życia zawodowego tytułowej drogówki). Jedna sytuacja, jedno wydarzenie przenosi nas nagle jakby na zupełnie inny plan. Nagle sceny przestają się rwać, albo robią to ze znacznie mniejszą intensywnością. Rollercoaster zaczyna zjeżdżać w dół, coraz szybciej i szybciej. Zanurzamy się w dramat, któremu będziemy musieli stawić czoła wraz z bohaterami filmu. Na przód wysuwa się sierżant Ryszard Król grany przez Topę, wokół którego zaczynają się dziać naprawdę niedobre rzeczy. Wbrew sobie zamienia się w polskiego Serpico, odkrywając wszystko to, co niby każdy wiedział, ale bał się głośno mówić. W przeciwieństwie jednak do reszty, on nie potrafi się z tym pogodzić. Zupełnie jak grany przez Ala Pacino Frank Serpico z filmu Sidneya Lumeta. Drogówka nagle staje się brutalnym, gęstym i niepokojącym thrillerem, w który (co nowe u Smarzowskiego) momentami wkradają się sceny godne dobrego kina akcji. Ale spokojnie, nie mówimy tutaj o filmowej taniosze. Wszystko zgodne jest z narzuconą przez reżysera konwencją. Aż do wstrząsającego finału.

Ten film we mnie siedzi. Minęły prawie cztery dni od seansu i wciąż mam sporo do powiedzenia na jego temat. Zapewne po napisaniu i opublikowaniu tego tekstu zorientuję się, że pominąłem kilka ważnych zagadnień…

Image

Nie powinniście przegapić Pokłosia i Drogówki. Ten pierwszy to wspaniały powrót syna marnotrawnego, natomiast drugi jest wydarzeniem na skalę europejską (TAK, TAK TAK!). Najmocniejszym uderzeniem polskiego kina od długich, długich lat. Uwierzcie mi, nie będę musiał tego odszczekiwać.

A na deser, troszkę w odniesieniu do moich utyskiwań z początku tegoż tekstu (tych o rozmowach podczas seansu. Patrz: słowa utworu), a troszkę z okazji urodzin (artysta ów skończył wczoraj 65 lat), żwawy kawałek muzyki od samego Mistrza Alice’a Coopera.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s