ENEMEF: polskie kino 2012/2013. Dwóch sprawiedliwych, Benny Goodman i… Sęp. Część 2.

Są filmy, wobec których nie powinna istnieć żadna taryfa ulgowa. Co jakiś czas powstają twory X Muzy tak złe, że doszukiwanie się w nich jakichkolwiek jasnych punktów jest działaniem wynikającym li tylko z litości, bądź przymusu. No bo nasze, bo jeszcze czegoś takiego nie mieliśmy, bo to, bo tamto… Pisze się wtedy w recenzjach rozmaitych, że film nie jest nawet taki zły, że broni się tym i owym, choć przyznaje się, że generalnie do udanych nie należy.

ImageMoi kochani czytelnicy, ja się na coś takiego zgodzić nie mogę. Zwłaszcza jeśli chodzi o naszą nową rodzimą superprodukcję zatytułowaną Sęp. Bo cóż to za argument, że pomysł był świetny? Nawet jeśli rzeczywiście intryga jest całkiem ciekawa, to przecież jej spieprzenie urasta do rangi jeszcze większej zbrodni. Oj, ubawił mnie ten nasz nowoczesny thriller. Zaśmiewałem się jak na najlepszej komedii, choć nie taki był cel reżysera i scenarzysty. Przecież miało być mocno, światowo, nowocześnie, szokująco i rewolucyjnie (chodzi mi raczej o przewrót we własnym ogródku). Główny zamysł filmu to wyraźny ukłon w stronę Finchera i Nolana, zatem ambicje były spore. Oto widzimy jak jeden po drugim znikają najwięksi psychole jacy stąpali po polskiej ziemi. Porywa ich tajemnicza organizacja, by… No właśnie. Powiem tylko, że gdyby wysłać ten pomysł za wielką wodę i przedstawić któremuś z wymienionych wcześniej panów, mogłoby z tego wyjść coś naprawdę dobrego. No, ale na samej idei się nigdzie nie zajedzie. Jeśli zespół nie radzi sobie z instrumentami, nawet najlepsze melodie nie uratują koncertu.

Pierwsze co mnie w Sępie uderzyło to niesamowita, bezwstydna wręcz sztuczność dialogów. Nie mam pojęcia skąd scenarzyście wpadło do głowy, że ludzie rozmawiają w taki właśnie sposób. Najpierw nazwałem to teatralnością (nieprzystającą do standardów filmowych), ale później zorientowałem się, że lepszym określeniem będzie kreskówkowość. No bo jak inaczej nazwać wydumane kwestie i suche one – linery wygłaszane przez bohaterów z absolutną powagą, jakby każdy następny miał prześcignąć poprzedni w swej wątpliwej błyskotliwości? Straszne! Żeby to jeszcze był pastisz, ale nie, to wszystko podawane jest z kamienną twarzą! Potok frazesów i pustosłowia, jaki wylewa się z ekranu podczas dwóch godzin seansu jest wręcz niewyobrażalny i śmiało konkurować może z literaturą Paulo Coelho. Z idiotyzmem wypowiadanych przez siebie kwestii, wspaniale współgra kwiat naszego aktorstwa. Szczere gratulacje dla Eugeniusza Korina, który najwyraźniej zupełnie nie potrafił pracować ze swoimi gwiazdami. Patrząc na to, co wyprawiają w Sępie Żebrowski, Olbrychski, Seweryn, czy Baka, można odnieść wrażenie, że zrobiono ich odlewy woskowe i wsadzono w nie mechanizmy na kluczyk. W tych rolach nie było ani krztyny życia, nie mówiąc już nawet o jakiejkolwiek charyzmie. Wystarczy porównać z tym, co widzieliśmy w Drogówce. Dystans taki, jak stąd do Alfa Centauri! Doprawdy, nie wiem, czy Daniel Olbrychski i Andrzej Seweryn czuli się na planie aż tak źle, czy po prostu mieli całe to przedsięwzięcie głęboko w dupie. Ich role zagrane są sztywno, rzekłbym – amatorsko. Jak to jest, że aktorzy mający na swoim koncie role pomnikowe, okrzyknięci mistrzami w swoim fachu, nagle fundują nam taki festiwal przykrego partactwa? Bo to, że Żebrowski i Przybylska reprezentują absolutnie wyzute z przebojowości wykonawcze drewno to chyba norma, prawda? Ale Olbrychski i Seweryn? Azja Tuhajbejowicz szafujący sucharami i rzucający kurwami na lewo i prawo, jakby robił to po raz pierwszy w życiu, wypadł wręcz karykaturalnie, natomiast Andrzej Seweryn zdecydowanie nie trafił z tą swoją przesadną emfazą godną kreskówkowego masterminda.

ImageW Sępie wszystko jest nie tak, nic tutaj nie gra tak jak powinno, żaden element nie ratuje sytuacji. Sceny akcji nie ruszają, intryga, choć oparta na ciekawym pomyśle, nie wciąga, dialogi śmieszą, momenty mające wywołać na naszych plecach ciarki, sprawiają, że uśmiechamy się z zażenowaniem. Po raz kolejny nie udało się wprowadzić hollywoodu w nasze swojskie progi. Szczególnie widać to w scenach, gdzie prym wiodą psychole. Proszę wybaczyć, ale nie przekonuje mnie świr, którego szaleństwo objawia się wyłącznie w konwulsyjnym wiciu się i powtarzaniu ja pierdolę, ja pierolęęęęę. Takie zachowanie wskazuje raczej na zażycie tego i owego…

Ci, którzy spodziewali się, że Sępa uciągną soczyste momenty z Żebrowskim i Przybylską w rolach głównych, również będą musieli obejść się smakiem. Żadnej sceny erotycznej nie było, jedynie kawałek wstępu do gry wstępnej, który sugerował, że coś tam się między nimi dzieje. Więc jeśli ktoś spodziewał się Nagiego Instynktu PL, będzie mocno rozczarowany. No, chyba, że zadowolą go trzy sekundy Przybylskich cycków (cudowne sformułowanie zasłyszane u mojej narzeczonej, którą również film ten niezmiernie rozbawił).

Muzyka zespołu Archive, powiadacie… No tak, jeśli chodzi o odgrzewane kotlety z ich wydanych wcześniej albumów, to były takowe. Marketing filmu polegający na szczyceniu się muzyką zachodniego zespołu, który de facto niczego specjalnie dla Sępa nie skomponował, to równie mocne nadużycie, co promowanie obrazka poprzez rzekome sex sceny.

Krzepiące były reakcje licznie zgromadzonej publiczności, wśród których przeważały, że się tak wyrażę, podśmiechujki.

ImagePo czymś takim Mój rower Piotra Trzaskalskiego jawił się jako wybawienie. Pomyślałem sobie nawet, że jeśli będę miał oglądać przesymbolizowaną przypowieść, jakich w polskim kinie mamy zatrzęsienie, zniosę to dzielnie. Szkołę przetrwania miałem wszak solidną. Mój rower to film dość skromny, teatr trzech aktorów odgrywających rolę przedstawicieli trzech pokoleń, których nie łączy nic, prócz więzów rodzinnych. Mamy tu dziadka, syna i wnuka. Nestor rodu (w tej roli legendarny muzyk, Michał Urbaniak) to zapomniany jazzman, wiodącym niegdyś huczne artystowsko – imprezowe życie. Jego gwiazda dawno wygasła, odezwały się za to problemy zdrowotne oraz finansowe. W końcu nawet zostawia go żona, choć robi to dopiero przeżywszy z nim kilkadziesiąt lat. Facet po prostu budzi się pewnego dnia i zdaje sobie sprawę, że pozostał mu jedynie jego wierny pies. To zawiązuje akcję. Na pomoc staruszkowi przybywa syn, światowej sławy pianista (rewelacyjny Artur Żmijewski) oraz mieszkający w Wielkiej Brytanii wnuk (niezły Krzysztof Chodorowski). Od razu widać, że między synami i ojcami absolutnie nic nie gra. Paweł (Żmijewski) ma żal do Włodka (Urbaniak) za to, że muzyka i balangi zawsze miały u niego pierwszeństwo względem zainteresowania synkiem, natomiast Maciek (Chodorowski) nie może wybaczyć Pawłowi, że zostawił jego matkę. Jedynie na linii dziadek – wnuk panuje porozumienie, które wielokrotnie uzdrawia, ale i komplikuje tę napiętą sytuację. Wszystkie te wzajemne pretensje napędzają film. Bohaterowie są dla siebie absolutnie szczerzy i absolutnie nie biorą zakładników we wzajemnych docinkach. Najgorzej wychodzi na tym Paweł, który jawi się jako nadęty bufon – skrajnie nieprzyjemny typ, dla którego sensem życia jest wyłącznie kariera. W tej roli Żmijewski wypada bardzo przekonująco, rzekłbym nawet – naturalnie. Do tego stopnia, że niezbyt dowierzamy jego późniejszej przemianie (żaden spoiler, tego można się przecież domyślić).

Mój rower interpretuję jako opowieść o godzeniu się ze sobą i swoim losem. Włodek jest zaskakująco spokojny i wydaje się powolnym okiem patrzeć (jak mawiał wieszcz) na wszystko, co go spotyka. Odeszła żona? Dziwnym jest, że dopiero teraz! Syn ma wielki żal? Cóż, przecież zasłużyłem. Jedynie młodzi wciąż się miotają pełni niezgody na to, co ich spotkało.

ImageBrzmi jak solidna egzystencjalna rozkmina, ale ogląda się to świetnie dzięki konwencji kina drogi, jaką postanowił przyjąć Trzaskalski. Trzej panowie ruszają na poszukiwanie babci, która w zimę swego życia postanowiła zmienić w nim absolutnie wszystko. Jest to źródłem zabawnych, wzruszających, a czasem nawet dramatycznych sytuacji. Pojawia się stary znajomy Włodka, Franek, grany przez dawno nie widzianego na dużym ekranie Witolda Dębickiego (pamiętacie serial 7 życzeń?). To świetna, pogodna rola, która wspaniale rozładowuje napięcie między bohaterami i wprowadza element humorystyczny.

Pisałem już, że Żmijewski odwalił tutaj kawał dobrej roboty, ale trzeba pochwalić również Urbaniaka, bo to jego kinowy debiut i to od razu w jednej z trzech pierwszoplanowych ról. Ze swojego zadania wywiązał się bardzo dobrze i nie stałoby się nic złego, gdyby któryś z naszych reżyserów znów postanowił zatrudnić go do swojego filmu.

Żeby nie było zbyt słodko, czas wytknąć Mojemu rowerowi minusy. Nie zacierajcie jednak rąk, gdyż nie zamierzam się zbytnio pastwić. Uważam, że pierwszym zgrzytem, jeśli chodzi o film Trzaskalskiego jest jego tytuł. Ja rozumiem, że tutaj chodzi o pewną ideę – artefakt spajający pewne wątki i łączący bohaterów, ale… No, nie jest to tytuł medialny. Ludzie, którzy siedzieli obok nas w kinie, zastanawiali się poważnie, czy sobie nie darować i nie pójść już do domu (był to ostatni seans, około czwartej nad ranem). To świetnie, że się później bardzo pozytywnie zaskoczyli, ale ilu było takich, którzy odpuścili sobie pójście do kina, bo przecież nie wybulą tych dwóch dych za film o rowerze?

Nie do końca rozumiem także niektóre zabiegi formalne, takie jak dziwne pauzy, podczas których oglądać musieliśmy kadr zatrzymany w prześwietlonej klatce przy towarzyszącej mu monotonnej muzyce. Nie mam pojęcia czemu to ma służyć. Czy chodzi o wysłużenie czasu trwania filmu? A może podkreślenie szczególnie znaczących scen w sposób, którego tacy filmowi ignoranci jak ja nigdy nie będą w stanie zrozumieć? Moim zdaniem, bez tych nużących tricków, film zyskałby na dynamice, której momentami lekko brakowało.

Jeśli chodzi o kino, to by było na tyle. Przyznam, że ta rozbudowana recenzja nosząca znamiona relacji (albo na odwrót), wymęczyła mnie niemiłosiernie. Jest tutaj kilka tematów, które na Popkulturalnym muszą być poruszone i wręcz błagają, bym je wreszcie wyciągnął z notesu i ubrał w odpowiednie dla nich słowa. Na szczęście obrałem sobie szeroką dziedzinę, zatem nie przewiduję klęski nieurodzaju. No dobra, ale chciałem jeszcze podsumować jakoś te moje osiem godzin z polskim kinem, bo przecież dało mi to jakiś obraz jego obecnej kondycji. Pierwsza rzecz – nie silmy się na robienie kina amerykańskiego, bo nam to absolutnie nie wychodzi. Mimo, iż nasi twórcy filmowi słyszą takie głosy od wielu, wielu lat, to co jakiś czas wyskoczy taki Korin z tworem Sępopodobnym. Naprawdę, nie trzeba. Lepiej spójrzmy na to, co robi Smarzowski, bo to coś świeżego, ale zarazem swojskiego, nie starającego się na dogonić kogokolwiek. Czas również na kino rozliczeniowe, bolesne, kontrowersyjne, które porządnie nakopie do tyłka naszej bogoojczyźnianości, przetrzepie nasze kompleksy i pokaże, że ten Polak to nie tylko cierpiał za miliony, zbierał cięgi i zgrywał bohatera. Pokłosie to dobry początek. Czekam teraz na rzeczy mocniejsze. Chcę patrzeć jak płonie świat naszych legend i tradycji. Czas na to najwyższy. A Sępy będziemy kręcić jak już zburzymy, co należy i postawimy fundamenty pod naszą Amerykę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s