Ziggy played guitar…

Tak jak wspominałem w moim tekście powitalnym, ten rok zdecydowanie należał będzie do Davida Bowiego. Lawina już ruszyła, bo artysta znów jest obecny we wszystkich niemal mediach, jednak największego rozpędu nabierze w marcu, kiedy do sklepów muzycznych trafi nowy album (The Next Day 12.03.2013), natomiast do księgarni pierwsza w naszym kraju biografia Ziggy’ego Stardusta.

ImageO nadchodzącym albumie już pisałem, dlatego skupmy się na książce, z której cieszę się niemal tak samo jak z nowych nagrań. Właściwie można by zadać pytanie (z wyraźną pretensją w głosie), dlaczego, u licha, David Bowie: A Biography Marka Spitza wychodzi u nas dopiero teraz? Czy naprawdę trzeba było twórczego powrotu z zaświatów, by w końcu zaszczycić nas polskim przekładem biografii jednej z największych legend muzyki popularnej? Zagadka to dla mnie niesłychana. Ale na bok żale, bo wreszcie mam to na co czekałem!

David Bowie: A Biography pojawi się u nas dzięki inicjatywie wydawnictwa Dobre Historie. Mam ogromną nadzieję, że tłumaczenie będzie na najwyższym poziomie, a warstwa edytorska pozwoli postawić tę książkę obok twardookładkowego wydania Życia Keitha Richardsa (pióra Jamesa Foxa, gwoli ścisłości). Nie chodzi o to, że wygląd jest dla mnie ważniejszy od zawartości, ale sami przyznacie – nazwisko Bowie zobowiązuje. No to, czego możemy się spodziewać po dziele pana Spitza? Powiadają, że rzecz jest bardzo wnikliwa i nie ucieka od tematów trudnych i kontrowersyjnych, których w CV Kameleona nie brakuje. Będziemy mieli zatem okazję zanurzyć się w narkotycznych i seksualnych breweriach (na to chyba wielu czeka, nie?), ale przede wszystkim przeczytać o artyście – rewolucjoniście, który wywarł niebagatelny wpływ na kolejne pokolenia muzyków. Mówią, że Spitz potraktował sprawę z należytą wnikliwością i szacunkiem, unikając taniej sensacji i połebkowości. Oznacza to, że temat rzekomej nocy spędzonej z Mickiem Jaggerem nie będzie tutaj tematem wiodącym. Czy rzeczywiście? Nie wiem, bo wersji oryginalnej nie czytałem, ale głosy z sieci każą mi wierzyć w te entuzjastyczne zapewnienia. Rozczarowanie byłoby tym bardziej przykre, że na żadną inną biografię nie czekałem z równą niecierpliwością (no, może poza biografią Bruce’a Springsteena, której wciąż nikt u nas nie wydał! Halo, czy czyta mnie jakiś wydawca?).

I w tym momencie znajdujemy się w miejscu, w którym wypadałoby spełnić małą obietnicę, którąImage złożyłem czytelnikom przy okazji tekstu powitalnego. O ile mnie pamięć nie myli (a ta zawodną bywa), wspomniałem wtedy o krótkim przeglądzie płyt Bowiego, które z różnych powodów są dla mnie najważniejsze. Tak, w końcu nastanie dzień, w którym przygotuje dla was taki artykuł. Nie będzie to zestawienie oczywiste, bo pojawi się jeden tytuł uważany przez krytyków za ewidentnie słaby, a miejsca zabraknie dla innego – uznawanego za przełomowy. Tak to już jest, moi kochani, kiedy do głosu dochodzą emocje i sentymenty. No ale, czy to nie one sprawiają, że tak bardzo kochamy muzykę? Dziś jednak przyjrzymy się tylko jednej płycie – tej najważniejszej. Nie trzeba się nawet za bardzo starać, by znaleźć odpowiednią okazję, dla której taka podróż sentymentalna miałaby się odbyć. Przecież w ubiegłym roku stuknęła okrągła czterdziesta rocznica wydania longplaya zatytułowanego The Rise And Fall Of Ziggy Stardust And The Spiders From Mars (1972 rok)!

ImageŻadne zaskoczenie, prawda? Jedno z największych arcydzieł muzyki popularnej (bo szufladka rock jest dla niego ewidentnie za wąska) i absolutnie najlepsza płyta Davida Bowiego. Wtedy właśnie świat poznał jego sceniczne alter-ego, Ziggy’ego Stardusta i w tym konkretnym momencie artysta stał się mega gwiazdą. Właściwie, można powiedzieć, że ten kosmiczno – rock and rollowy twór formował się już od drugiego albumu Bowiego (Space Oddity 1969), jednak dopiero w 1972 roku stał się kompletny i otrzymał swe legendarne imię. To był koniec ewolucji Ziggy’ego, ale nie Bowiego jako artysty (temat na inną, o wiele dłuższą opowieść). A jak ten androgyniczny rockstar trafił pod moją strzechę? Cóż, właściwie był tu zawsze. Już jako gówniarz wiedziałem, że jest taki ktoś jak Bowie, że śpiewa, jest bardzo znany i nie jest byle kim. Później była telewizja, a z nią teledyski do utworów Let’s Dance, Heroes, czy Ziggy Stardust (wideo promujące Ziggy Stardust The Motion Picture katowane przez stację VH1). Następnie moja miłość (nie słabnąca!) do Queen i przebój Under Pressure, gdzie Bowie i Mercury stworzyli jeden z najlepszych duetów w historii. No i koncert w hołdzie Freddiemu Mercury’emu, podczas którego artysta wystąpił u boku Annie Lennox. Miałem zatem jakieś zalążki obrazu Bowiego, ale wciąż były to tylko skrawki, z których  nie dało się odgadnąć, co dokładnie przedstawia całość. Wtedy któraś ze stacji telewizyjnych nadała film dokumentalny Dancing In The Streets, wspaniałą kilkuczęściową historię muzyki rockowej. Tam dowiedziałem się, że DB, poza byciem butnym dandysem, jest także prawdziwą rock and rollowa bestią. Tutaj mnie kupili. Doszła do tego jeszcze odpowiednia wkładka tematyczna w Tylko Rocku (obecnie Teraz Rock) i już rozbijałem skarbonkę, by móc kupić TEN jedyny album.

Pamiętam moje zaskoczenie, kiedy jakieś piętnaście lat temu wpadłem jak oszalały do domu, Imagezerwałem folię z pudełka i odpaliłem Ziggy’ego na swoim HI-FI. Bo, widzicie, wspomniane wcześniej skrawki obrazu Bowiego jako artysty, średnio przygotowały mnie na to, co nastąpiło podczas pierwszego odsłuchiwania The Rise And Fall Of Ziggy Stardust And The Spiders From Mars! Magazyny muzyczne zawsze głośno krzyczały o tej płycie jako glam rockowym siódmym cudzie świata, toteż łatwowierny czternastolatek spodziewał się wiązanki hiciorów a’la T-Rex, czy The Sweet (z całym szacunkiem dla tych wielkich grup!). Zabawne, prawda? To bardzo ciekawe przeżycie, kiedy nie wiadomo jeszcze, czy to czego doświadczamy nazwać można rozczarowaniem, czy objawieniem. W każdym razie po pierwszym odsłuchaniu siedziałem w tym po uszy. Miałem nowego idola. Przy okazji dowiedziałem się, że etykietka eklektyczny nie należy się tylko zespołowi Queen i późnym Beatlesom. Oczywiście dotarło do mnie też, że przegródka z napisem glam rock jest dla tej płyty (jak i Bowiego en général) zdecydowanie za ciasna

ImageNie mam pojęcia, czy jakaś uczelnia na tym świecie prowadzi zajęcia z muzyki popularnej. Zważywszy na fakt, iż rock and roll (i wszystkie gatunki mu pokrewne) od kilkudziesięciu lat zajmuje nasze umysły, pochłania mnóstwo czasu i jest obiektem dogłębnych analiz, zdziwiłbym się mocno, gdyby takowych nie było. W każdym razie, jeśli gdziekolwiek czyni się z rocka przedmiot rozważań akademickich, Ziggy Stardust powinien być jedną z podstawowych lektur. To tutaj właśnie na czterdziestu minutach Bowie udowodnił, jak wiele pokazać można w ramach jednego albumu. Od pełnej rozmachu apokaliptycznej ballady Five Years, przez podniosły song Starman, teatralno – knajpiany It Ain’t Easy po niemal hardrockowe Moonage Daydream, Ziggy Stardust, Hang On To Yourself i dzikie, pełne energii Suffragette City. Wszystko to podane w tak konsekwentny sposób, że ani przez chwile nie ma się uczucia obcowania z przedziwnym, ciężkostrawnym miszmaszem. Zapytaj mnie, którą płytę zabieram na bezludną wyspę, a wskażę ci dziesięć wśród których bez wątpienia znajdzie się The Rise And Fall Of Ziggy Stardust And The Spiders From Mars!

Na koniec mała sugestia dla tych, którzy Ziggy’ego Stardusta jeszcze nie posiadają, a bardzo chcieliby mieć. Moi kochani, nie rzucajcie się na pierwszego remastera, jakiego znajdziecie w Empiku! W przypadku płyt Bowiego, a tej w szczególności, warto się nieco wysilić i przetrzepać porządnie Allegro i muzyczne komisy, bo to co najlepsze, wydane zostało na samym początku lat 90tych. W 1990 roku wytwórnia EMI wypuściła całą dyskografię naszego bohatera wzbogaconą o niepublikowane wcześniej utwory i strony B-singli. Ziggy Stardust bogatszy o arcymistrzowskie Velvet Goldmine, John I’m Only Dancing, czy Sweet Head wydaje się jakby pełniejszy. Nawet jeśli wiemy, że cały ten kosmiczno – gwiazdorski koncept zamyka pomnikowa ballada Rock ‘N’ Roll Suicie, po której niby nie powinno być już nic…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s