Moja droga do science fiction

Pierwszy lot

ObrazekWe wstępie do trzeciego tomu Rakietowych szlaków, Lech Jęczmyk wysuwa dość gorzką tezę, że dzisiaj przyszłość jest kaputt. Jego zdaniem, nam – ponowoczesnym obywatelom świata zachodu – pozostaje już tylko rozsiąść się w pędzącym pociągu świata wygodnie, plecami do kierunku jazdy i zachwycać się cudowną przeszłością. Nie brzmi to optymistycznie, prawda? Jest tutaj jakaś ponura konstatacja, że nas, pokolenie lat 80tych i później, ominęła ta rozkosz bycia w sercu wydarzeń. Pewnych rzeczy już nigdy nie zobaczymy, nie będziemy sobie nawet wyobrażać i co najważniejsze, nie będziemy nawet tego potrzebowali. Pozostajemy widzami, nie uczestnikami. Zanim jednak zechcemy się wdawać w polemikę z panem Jęczmykiem, a nawet zarzucać mu zgorzkniałość, spójrzmy jak pięknie podsumowuje swoją kontrowersyjną wypowiedź: Nie chcąc pozostać w tyle za awangardą ruchu wstecznego, my, rekonstruktorzy science fiction, przedstawiamy wam skarby wydobyte z zatopionych wraków gwiezdnych wojen. Zazdrościmy tym, którzy przeczytają je po raz pierwszy, przesyłamy znak przyjaźni wszystkim, którzy je sobie chętnie przypomną. Wybaczcie mi ten przydługi cytat (uważam, że niektórych cudzych słów po prostu nie godzi się ubierać w swoje – niedoskonałe) i przyznajcie, że jest w tej konkluzji coś optymistycznego. W porządku, może i dotarliśmy do miejsca, z którego prędzej ogarniemy wzrokiem przebytą przez nas drogę, niż posuniemy się dalej, ale ileż radości da nam podziwianie tego, co pozostawiliśmy za sobą! Dzieło skończone, syćmy się nim zatem – smacznego! A nowi i starzy autorzy science fiction / fantasy niech piszą dalej, bo przecież skarbiec jest pełen inspiracji! Nic tylko nabierać pełne wiadra i przelewać do swojej mikstury, mieszać, doprawiać, etc. Tak samo z resztą sprawa wygląda w przypadku muzyki popularnej, ale to temat na zupełnie inną rozprawę.

ObrazekDobrze pamiętam moją drogę do science fiction, którą w czasach szkoły podstawowej, prowadził mnie James Gunn. Droga do science fiction – antologii ideał niedościgniony (no, niezupełnie niedościgniony, ale o tym za chwilę). Cztery części w pięciu tomach, bo trzeci wydano jako dwie księgi. Mój skarb, który odnalazłem na bibliotecznej półce, niczym Bastian swą Niekończącą się opowieść w książce Michaela Endego o tym samym tytule (tylko bez smoków i czarów). Ekstremalnie zużyte, ocalone za pomocą taśmy klejącej, tomiszcza z pożółkłymi kartkami, zapełniły mi całe wakacje między szóstą, a siódmą klasą. To był neonowy drogowskaz po krótkim czasie przypadkowych, dziecięcych poszukiwań literackich. Idź tędy, młody padawanie. Co prawda, zaczniesz od samego początku, ale doprowadzę cię do Tu i Teraz w pełni świadomego, kto i w jaki sposób kształtował świat fantastyki. No właśnie, James Gunn potraktował sprawę bardzo akademicko – postanowił zostać przebojowym profesorem, przekazującym swoim studentom swoją wiedzę i pasję. Każde opowiadanie poprzedzone zostało wyczerpującym wstępem, wręcz wykładem – czasem dłuższym niż sama historia. W każdym wypadku była to lekcja bardzo pasjonująca, tworząca odrębną, wciągająca całość. Jeśli, zatem zdarzy się wam dopaść gdzieś Drogę do science fiction, za żadne skarby nie opuszczajcie tychże wstępów. To nie jest tylko dobra rada, ale pieprzony rozkaz!

ObrazekTak sobie myślę, że wielu rzeczy jeszcze wtedy nie rozumiałem, bo niektóre teksty były rzeczywiście zbyt zaawansowane dla takiego gówniarza, ale już wtedy mnie totalnie zainfekowały. Choroba trwa i – wierzcie lub nie – mimo upływu lat postępuje! W ósmej klasie, albo już w pierwszej liceum, kiedy chciałem jeszcze raz przejechać się tą drogą przez historię SF, sympatyczna pani bibliotekarka poinformowała mnie, że niestety antologia Gunna była już tak wyeksploatowana, że trzeba było oddać ją na przemiał. Cóż, musiałem przełknąć tę gorzką pigułę i sięgnąć po coś nowego, ale nie zapomniałem nigdy. W końcu, jakoś w okolicach drugiego roku studiów, natknąłem się na trzy księgi (nie pamiętam dokładnie które) w jednym z katowickich antykwariatów. Pamiętam swoją radość i to niepodrabialne poczucie spełnienia, jakie może zrozumieć tylko i wyłącznie pasjonat, zbieracz, geek – nazwijcie mnie jak chcecie. Tutaj, poza nieprzemożoną potrzebą posiadania, działa przecież ta potężna siła, jaką jest sentyment! W skompletowaniu całości, czyli odnalezieniu dwóch pozostałych, pomogło mi Allegro.

ObrazekTak sobie teraz ogarnąłem wzrokiem mój księgozbiór. Pewnie, są tutaj drogie, piękne pozycje. Znajdą się tu książki, które zachwyciły mnie na tyle, że do dziś uważam je za punkt odniesienia przy ocenianiu kolejnych. Zastanawiam się jednak, czy jakąkolwiek z nich uważam za bardziej wartościową niż tą wyświechtaną, licho wydaną (wydawnictwo Alfa, rok 1986) Drogę do Science Fiction Jamesa Gunna.

Krótki wgląd w zawartość „Drogi do science fiction” i kilka najważniejszych nazwisk:

1. Od Gilgamesza do Wellsa (w tym, m.in. Tomasz More, Bacon, Cyrano de Bergerac, Swift, Mary Shelley, Poe i Verne)

2. Od Wellsa do Heinleina (z takimi nazwiskami jak m.in. Wells, Burroughs, London, Lovecraft, Huxley, czy Asimov)

3. Od Heinleina do dzisiaj, t. 1 i 2 (a tam m.in.: Simak, Bradbury, Farmer, Sheckley, Vonnegut, Dick, Silverberg, Zelazny i Haldeman)

4. Od dzisiaj do wieczności (m.in. Vance, Borges, Herbert, Lem, Wolfe, Varley, Martin)

 Na rakietowym szlaku

ObrazekPotrzeba było wielu lat, bym mógł postawić jakąkolwiek antologię obok Drogi do science fiction. Spójrzmy prawdzie w oczy, większość tego typu przedsięwzięć okazywała się mało trafionymi strzałami, gdzie rewelacyjne opowiadania tonęły w zalewie amatorki i wyrobnictwa. Czasem pojawiały się ciekawsze jednotomówki, takie jak Arcydzieła (tytuł w żadnym wypadku nie na wyrost) pod redakcją Orsona Scotta Carda, jednak wciąż nie były to wydawnictwa pomnikowe, będące prawdziwą esencją gatunku. Aż do czerwca 2011, kiedy w księgarniach pojawił się pierwszy z siedmiu tomów Rakietowych szlaków pod redakcją Lecha Jęczmyka. Ten tytuł ma u nas bardzo długą tradycję. Początkowo Rakietowe szlaki pod redakcją Juliana Stawińskiego i Jana Zakrzewskiego ukazały się w roku 1958. Była to pierwsza, wydana w Polsce Ludowej, antologia amerykańskiej SF. Dwadzieścia lat później, w roku 1978, Wojtek Sedeńko uruchomił ponownie rakietowe silniki, a Lecha Jęczmyka zaangażował do selekcji opowiadań. Dla polskich fanów fantastyki jest to niemal rzecz święta, dlatego ponowny start pod tą samą banderą, już w  XXI wieku, musiał być dla redaktorów nie lada wyzwaniem. Tym bardziej cieszy Obrazekfakt, iż Rakietowe szlaki AD 2011/2012 to więcej niż kawał dobrej roboty.

Ośmielę się nawet powiedzieć, że tym razem zalecieliśmy znacznie dalej, a poprzeczka znów została podniesiona bardzo wysoko. Najnowsza inkarnacja legendarnej antologii to naprawdę wielka rzecz, zarówno pod względem merytorycznym, jak i objętościowym. Sto opowiadań zamkniętych w siedmiu opasłych tomiskach, a do tego arcyciekawe rysy historyczne i przegląd najważniejszych dzieł literatury SF. Każde opowiadanie opatrzone jest dodatkowo krótkim wstępem oraz notką biograficzną. Wspomniane wprowadzenia do każdej z historii, czasem refleksyjne, niejednokrotnie uzbrojone w cięta ironię, to jakość sama w sobie.

Znów poczułem się dokładnie tak samo jak kilkanaście lat temu, kiedy spędzałem wakacje w Drodze do science fiction. Zadziały te same siły, znajoma magia. Zebranie setki opowiadań uznawanych za arcydzieła gatunku, unikając przy tym nadmiernych powtórzeń z innymi tego typu wydawnictwami, to nie lada sztuka. Udało się, dlatego Rakietowe szlaki uznaję za drugą tego typu pozycję kanoniczną, rzecz obowiązkową w bibliotece każdego fana SF, a także (bo czemu nie) dobrej literatury.

Na rakietowe szlaki wkraczamy uzbrojeni w wiedzę, którą zaaplikowali nam badacze tacy jak Gunn, ponieważ Sedeńko i Jęczmyk postanowili zacząć podróż od utworów powstałych już w XX wieku. Redaktor Drogi do science fiction początków literatury fantastycznej doszukiwał się niemal dosłownie u zarania dziejów. Ma to sens, gdyż zarówno Prawdziwa historia Lukjana z Samosat, jak i Utopia Tomasza More’a, odpowiadają jej podstawowym założeniom. Człowiek od zawsze fantazjował, dywagował, przedstawiał alternatywne założenia, doszukiwał się przyczyn rzeczy w działaniu sił, które wyrastały poza namacalna codzienność. Tymczasem Sedeńko się temu przeciwstawia i w Krótkiej historii science fiction, która kończy drugi tom Rakietowych szlaków wygłasza herezję pisząc, że nie należy zaliczać SF do utworów pisanych w czasach odległych o stulecia od powstania samego pojęcia. Dlatego nie mitologia, nie Swift ze swoim Guliwerem, ani Verne nie otworzyli drzwi do krainy wyobraźni. Zrobił to Herbert George Wells. I, cholera, takie postawienie sprawy też ma sens!

Nasza jazda zaczyna się jednak od Złotego Wieku SF, czyli lat 30-stych XX wieku, a kończy niemal dosłownie tu i teraz. Nie ma sensu skupiać się na poszczególnych autorach, których dzieła zaprezentowano w tych wspaniałych siedmiu tomach. Jest ich kilkudziesięciu i są to tylko i wyłącznie rezydenci Panteonu. Znakomita większość opowiadań to pewniaki, które zapisały się złotymi literami w dziejach SF, nie brakuje jednak interesujących niespodzianek.

Obrazek

Wiele można by pisać o tym siedmiosegmentowym, literackim lewiatanie, który dumnie pręży grzbiet na mojej półce tuż obok leciwej Drogi do science fiction. Wiem, że będę do niego wracał, bo tego typu kompilacje powstają właśnie po to, by zawsze mieć pod ręką to, co najlepsze. Bez wątpienia będę także wskazywał Rakietowe szlaki tym, którzy do SF nie są przekonani tylko dlatego, że mają o tym gatunku mylne pojęcie. Praca Sedeńki i Jęczmyka to najlepsze źródło wiedzy o tym, jak wiele uniwersalnych treści niesie literatura science fiction. Bo, widzicie, jej siła tkwi właśnie w nieograniczonych możliwościach adaptacyjnych. Za pomocą fantastycznych fabuł i błyskotliwych wizji, w atrakcyjny, a często prowokujący sposób, podjąć można każdy problem tego świata. Przeczytajcie Człowieka ze swoim czasem Briana Aldissa, Małego mordercę Raya Bradbury’ego, Skalpel Occama Theodore’a Sturgeona, czy wspaniałe opowiadanie Ci, którzy odchodzą z Omelas Ursuli K. Le Guin, a zrozumiecie o czym mówię. Jakby tego było mało, SF i tylko SF posiada wielką moc absorpcji wszystkich innych gatunków. Gdzie indziej znajdziecie wątki historyczne, obyczajowe, grozę, dramat, kryminał, czy nawet satyrę, współistniejące z sobą pod jedną banderą? Ułatwię wam odpowiedź – nigdzie.

To zabawne, ale czytając opowiadania zawarte w Rakietowych szlakach, uczucie, które dopada mnie bardzo często (poza oczywistym zachwytem) to zazdrość. Skąd oni wszyscy wzięli te niesamowite pomysły, co sprawiło, że potrafili ubrać je w tak błyskotliwe, choć skompresowane do kilkudziesięciu, czy kilkunastu stron, pomysły? Nie wierze w magię, ale jeśli miałbym wskazać jej realną obecność na tym świecie, bez wątpienia wymieniłbym dobrą literaturę. Tutaj macie jakieś trzy i pół tysiąca stron prozy najlepszego gatunku. Czeka na was, jest na wyciągnięcie ręki. Nie spieprzcie tego!

Obrazek

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Moja droga do science fiction

  1. Wspaniała, wyczerpująca i jakże treściwa recenzja. Nie uważam się ani za wielkiego fana, ani tym bardziej za znawcę science fiction, ale takie nazwiska jak Lem, Dick, Aldiss, Asimov czy Herbert są przeze mnie znane i lubiane. O „Rakietowych szlakach” słyszałem już dawno, ale dopiero Twój tekst stał się bodźcem, aby wziąć pod uwagę ich nabycie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s