Rycząca czterdziestka! 40 lat „Billion Dollar Babies” Alice’a Coopera.

I znów pojawia się idealna okazja, by przybliżyć sylwetkę Wielkiej Ikony Popkultury. Panie i panowie, już 1 sierpnia Kraj Nadwiślański odwiedzi nikt inny jak Alice Cooper – syn generacji, która doprowadziła do upadku idei flower power, enfant terrible glam rocka, kochanek amerykańskiej (pop)kultury, postrach rodziców, jeden z nieśmiertelnych symboli rocka, a przede wszystkim Artysta.

Obrazek

Zanim przejdziemy do sedna sprawy, zrobimy sobie małą wycieczkę przez historię. Wszystko to dlatego, że będziemy dziś rozprawiać o płycie będącej jednym z najbardziej reprezentatywnych dzieci swoich czasów. Na przestrzeni kilkudziesięciu ostatnich lat powstały albumy, które z powodów nie tylko muzycznych, ale także z racji swej oprawy, zawartych nań treści i ogólnie panującego klimatu, mogą być przedstawiane jako modelowi przedstawiciele nastrojów społecznopolitycznych okresu, w którym je nagrano. Nawet jeśli bezpośrednio unikają nawiązań do współczesnej sobie sytuacji. Inna sprawa, że są to dzieła, które przez cały ten czas, ani trochę się nie zdezaktualizowały i wciąż potrafią porażać z tą samą mocą, co (jak w tym przypadku) czterdzieści lat temu. Posłuchajcie ile industrialnego Birmingham końca lat 60-tych jest w dwóch pierwszych płytach Black Sabbath, jak bardzo dekadencki i chłodny Berlin Zachodni odcisnął się na tzw. berlińskiej trylogii Davida Bowiego, odpalcie Achtung Baby zespołu U2 z 1991 roku i wsłuchajcie się w łabędzi śpiew dwudziestego wieku.

ObrazekStany Zjednoczone, rok 1973. Lato miłości jest historią, wspomina się o nim już tylko w tonie będącym mieszanką żalu, pretensji i pokpiwania. Za sprawą afery Watergate obywatele tracą zaufanie do polityków, a przede wszystkim do prezydenta, do tej pory jawiącego się jako mąż opatrznościowy. Trwa wojna w Wietnamie, znacząc głębokimi bruzdami psychikę powracających z niej młodych ludzi, a także ich rodzin. Arabowie przykręcają kurki z ropą dla Japonii, USA i zachodniej Europy, co staje się przyczyną poważnego kryzysu energetycznego i ustawia tysiące amerykańskich nastolatków w długich kolejkach za pracą. Tymczasem w nowojorskim sądzie toczy się proces przeciwko Głębokiemu gardłu, pierwszemu filmowi pornograficznemu dopuszczonemu do kinowej dystrybucji. Obraz zostaje uznany za bezdyskusyjnie obsceniczny, a twórcy obciążeni grzywną 100 000 $.

W historii rock and rolla, rok 1973 zapisał się wyjątkowo tłustym drukiem. To właśnie wtedy zespól Pink Floyd wybrał się na Ciemną stronę księżyca, The Who zachwycili świat swą drugą rock operą zatytułowaną Quadrophenia, Black Sabbath, wraz z albumem Sabbath Bloody Sabbath, zaprezentował znacznie bogatsze i dojrzalsze brzmienie, David Bowie zabił Ziggy’ego Stardusta i za pomocą longplaya Aladin Sane przedstawił fanom swoje nowe alter ego, Grand Funk Railroad zabłysnęli albumem We’re An American Band, a Elton John stworzył jedno z największych arcydzieł muzyki popularnej pt. Goodbye Yellow Brick Road. Nie wspominając już o debiutach takich grup jak Queen, Lynyrd Skynyrd, Aerosmith, czy The New York Dolls.

ObrazekW tym właśnie roku zespół Alice’a Coopera wydaje album Billion Dollar Babies, w którym bogata, choć momentami szorstka forma, spotyka się z treścią błyskotliwie odzwierciedlającą ówczesne zjawiska pop kultury, miejskie legendy, atmosferę filmów grozy rodem z kin samochodowych i klasyczną, rock and rollową rozpustę. Płyta wydana w marcu 1973 r. pokazała grupę Alice’a Coopera jako drużynę w pełni ukształtowanych muzyków u szczytu formy, nie tylko jako kompozytorów i wykonawców, ale przede wszystkim, jako artystów umiejętnie wprowadzających w życie swój koncept. Longplay wspiął się na szczyty list przebojów, a cztery promujące go single (numer tytułowy, Elected, Hello Hooray i No More Mr. Nice Guy) okazały się wielkimi hitami. Jakby tego było mało, trasa promująca Billion Dollar Babies uznana została za najbardziej spektakularną w dziejach rock and rolla.

No dobra, ale nie od razu rzeczy wyglądały tak różowo. Kilka lat wcześniej, u schyłku szóstej dekady XX wieku, ansambl prowadzony przez niejakiego Vincenta Damona Furniera (tak naprawdę nazywa się artysta o pseudonimie Alice Cooper) ochrzczony został mianem najbardziej znienawidzonego zespołu w Los Angeles. Ta zła fama była dzieckiem niezrozumienia dla ich muzyki i wizerunku. Pierwsza kwestia, nawet z dzisiejszej perspektywy, może być zrozumiała, bo dwa startowe albumy Alicji (Pretties For You 1969 i Easy Action 1970) były, posługując się Keseyowską nomenklaturą, próbą kwasu w elektrycznej oranżadzie. Wyobraźmy sobie Beatlesów umawiających się z zespołem The Doors na ostrą sesję alkoholowo – narkotyczną, pełną bad tripów i szalonych improwizacji, z których czasem wykluwają się jednak zgrabne melodie, zabijane wkrótce przez brutalne sprzężenia i przełamania motywów wiodących. Nie, w żadnym wypadku nie jest to krytyka zawartości debiutanckich nagrań Coopera, jednak coś musi być na rzeczy, skoro ówczesna publiczność nastawiona na podobne kwasowe odjazdy, nie kupiła muzyki serwowanej przez tych dziwnie wystrojonych szaleńców. Inną sprawą był wizerunek – już za dwa, trzy lata, glam rockowa moda wywrócić ma do góry nogami zastały porządek.

ObrazekŹle przyjęte dwa pierwsze albumy pozostawiły chłopaków z setką tysięcy dolarów długu i uczuciem niedocenienia, zarówno przez krytyków, jak i fanów rocka. Ci drudzy już niedługo zaczną walić drzwiami i oknami na koncerty Coopera, jednak jeszcze nie za sprawą muzyki i parateatralnych atrakcji, ale… zmasakrowanego kurczaka. Rzecz brzmi jak dowcip, jednak jest najprawdziwszą prawdą. Początek lat 70-tych, festiwal muzyczny w Toronto. Ktoś, z sobie tylko znanych przyczyn, przynosi na koncert Alice’a Coopera żywego kurczaka i, w sobie tylko znanym celu, rzuca go na scenę. Furnier, w nadziei, że ptak poszybuje nad publicznością, odrzuca go z powrotem. Myślałem, że one potrafią latać, tłumaczy się po latach artysta. Poważnie! Jednak zamiast tego, nieszczęsny kurczak spada prosto w tłum, który rozszarpuje go w koncertowym szale. Od tego momentu kojarzeni byliśmy jako pomyleńcy zabijający kurczaki, zwierza się Cooper. Nagle wszystkie dzieciaki zechciały przybywać na nasze koncerty.

Rosnąca popularność sprawiła, że tym dziwacznym zespołem zainteresowała się wytwórnia Warner Bros. Zakończyło się to podpisaniem kontraktu i podjęciem współpracy z młodym, acz obiecującym, producentem Bobem Ezrinem. Tak, to ten sam facet, który poza długotrwałą współpracą z Cooperem, zajmie się później albumami Kiss, Pink Floyd, Petera Gabriela czy Guns ‘N’ Roses. Ten młody Kanadyjczyk, który nigdy wcześniej nie produkował żadnej płyty, zmusił grupę Coopera do zamknięcia się na farmie nieopodal Detroit, gdzie muzycy szlifować mieli swoje umiejętności, doskonalić warsztat kompozytorski i pracować na efektownym show scenicznym.

ObrazekW styczniu 1971 roku w sklepach muzycznych pojawił się album Love It To Death, który ukazał światu nowe oblicze muzyki Alice’a Coopera. Pod czujnym okiem Ezrina zespołowi udało uczynić swą muzykę bardziej przystępną, ale nie pozbawioną szaleństwa i charakterystycznych dla Alice’a Coopera znamion obłędu. No i pojawił się pierwszy prawdziwy przebój, który grać chciała każda rozgłośnia radiowa w całych Stanach. Jego tytuł to I’m Eighteen i wraz ze starszym o sześć lat My Generation The Who, uznaje się go jednym z pierwszych hymnów nastoletnich buntowników. Zanim skończył się rok, na świat przyszedł Zabójca. Płyta Killer jeszcze mocniej umocowała grupę Alice’a Coopera w hard rockowej stylistyce, natomiast szaleństwo i skłonność do mrocznych odjazdów, wzięte zostały w ryzy. Nie oznacza to, że zostały wycofane z menu kuchni pana Furniera. Przeciwnie! Nabranie kompozytorskiej pewności i świadomości, sprawiło, że takie odjazdy, jak cudownie chore arcydzieło Dead Babies przerażają i absorbują jeszcze mocniej (ach, te dziecięce chórki w tle i płacz niemowlęcia dochodzący jakby z tamtej strony)! Warto wiedzieć, że dopiero podczas trasy promującej album Killer, Vincent Damon Furnier w pełni wbił się w masową świadomość jako Alice Cooper. Wcześniej mieliśmy po prostu zespół o takiej nazwie. W tym czasie również po raz pierwszy na scenę wjechała gilotyna i odbyły się pierwsze spektakle grozy z galonami wyplutej krwi i odciętą głową Coopera toczącą się po deskach. To był właściwy początek zjawiska zwanego shock rockiem, a zarazem zielone światło dla grup takich jak Kiss, czy Marilyn Manson.

ObrazekAlbum Schools Out z 1972 roku wyniósł zespół Alice’a Coopera niemal pod samo niebo. Utwór tytułowy wylądował na drugim miejscu listy Billboardu, a bilety na koncerty sprzedawały się z prędkością kul wypluwanych w tym samym czasie przez karabiny maszynowe gdzieś w delcie Mekongu. Doszło nawet do tego, że występy Alice’a Coopera gromadziły większą publiczność niż sztuki Led Zeppelin! Jednak dopiero w pamiętnym roku 1973 zespół polecał w kosmos. W porządku, byli już międzynarodową sensacją, zarobili jakieś dwadzieścia milionów dolarów, jednak potrzeby rosną w miarę odnoszonych sukcesów. Pojawiło się to dojmujące uczucie, ta paląca ambicja, by pójść jeszcze dalej i pobić wszystko to, co zachwyciło ludzi wcześniej. Myślicie, że Love It To Death i Killer były świetnymi albumami? A pewnie, że były! Uważacie, że Schools Out można nazwać małym arcydziełem? Ma się rozumieć! Nikt nie waży się z tym dyskutować! Sądzicie zatem, że można osiągnąć jeszcze więcej? Zespół Alice’a Coopera w to wierzył, dlatego album Billion Dollar Babies spadł na niespokojne Stany Zjednoczone jak bomba atomowa.

Początkowo sesje nagraniowe odbywały się w Greenwich w stanie Connecticut, jednak później Ezrin przeniósł zespół do Londynu. Przez studio przewinęło się wielu bohaterów ówczesnego świata muzycznego. Jednego dnia wpadł Mark Bolan z T. Rex, w chwilę później zawitał Keith Moon, szalony perkusista The Who. Jednak trwały ślad pozostawił po sobie popularny brytyjski folkowiec Donovan, który zaśpiewał w utworze tytułowym.

ObrazekKoncerty promujące Billion Dollar Babies były czymś, czego świat dotąd nie widział. Dekadencki przepych, orgia krwi, wiele teatralnych rekwizytów, a przede wszystkim doskonała, świetnie zagrana muzyka. Ktoś nawet odważył się stwierdzić, że był to już właściwie poziom hollywoodzkich produkcji. Siedmiuset pięćdziesięcio metrowa, trzy poziomowa, ważąca osiem ton scena, po której Cooper kroczył w swoich wysokich butach z lamparciej skóry, egipski sarkofag, z którego dobywały się wiązki lasera, molestowane lalki, żywy boa dusiciel i obowiązkowa dekapitacja głównego bohatera – to wszystko stało się sceniczną codziennością dla grupy Alice’a Coopera. Dzieciaki oszalały z radości, a rodzice dostali ostateczny powód, by jeszcze bardziej nienawidzić tego chuderlawego deprawatora nastoletnich duszyczek.

The Billion Dollar Babies Tour okazała się najbardziej wystawną i ekstrawagancką trasą w dziejach rock and rolla, brytyjska prawa okrzyknęła zespół Alice’a Coopera grupą numer jeden na świecie, pieniążki spadały z nieba, tymczasem między muzykami coś zaczęło zgrzytać. Można zrzucać winę na przemęczenie, bo nagrywanie po dwa albumy każdego roku plus nieustanna trasa koncertowa to mieszanka zabójcza (nawet przy stałej dostawie pobudzaczy). A może była to zazdrość reszty zespołu spowodowana świadomym, bądź nie, ustawieniem wokalisty w samym centrum popularności. No cóż, prawdą jest, że Furnier – Cooper stał się w końcu jedyną osobą, z którą kojarzony był zespół. Ostatni album nagrany w oryginalnym składzie pojawił się jeszcze w 1973 roku (Muscle Of Love), jednak okazał się lekkim rozczarowaniem. Grupa rozpadła się w roku 1974 i od tego momentu Alice Cooper stał się w pełni solowym artystą. Ogromny i zasłużony sukces kolejnego konceptualnego albumu pt. Welcome To My Nightmare (1975 rok), pozwolił mu nie oglądać się za siebie i śmiało przeć do przodu, a sny o ewentualnej reaktywacji legendarnego składu ostatecznie przerwała śmierć gitarzysty Glena Buxtona w 1997 roku.

ObrazekSkupmy się jednak na tym naszym roku 1973 i szacownej jubilatce, płycie Billion Dollar Babies. Otwórzmy pudełko, wyjmijmy srebrny krążek i nakarmmy nim łakomą paszczę odtwarzacza CD. I jak? No, doskonale się trzyma jak na te cztery dychy! W tych dźwiękach nie czuć upływu czasu. To, co ma ruszać, kopie jak za dawnych czasów, melodie nie straciły nic ze swej atrakcyjności, a warstwa liryczna wciąż przykuwa uwagę. Któż nie uśmiechnie się słuchając Elected (to się chyba nigdy nie zdezaktualizuje), kogóż nie obleci dreszczyk przy Sick Things? Kiedy album Billion Dollar Babies okupował szczyty list przebojów, nawet Bob Dylan zachwycał się zawartymi nań tekstami, a John Lennon wskazał Elected jako swój ulubiony utwór. Byliśmy rockową wersją Hollywood, rzekł Alice Cooper z typową dla siebie, rozbrajającą szczerością. Takiemu wolno.

ObrazekBillion Dollar Babies traktuje  o wszystkich tych fantazjach, które kołatały się w naszych głowach, opowiada Michael Bruce, gitarzysta oryginalnego składu grupy Alice’a Coopera.

To była kreskówkowa wersja kapeli, wtóruje mu Dennis Dunaway (basista). Grupa kolesi, którym wielki sukces pozwala na wszystkie możliwe ekscesy.

Neal Smith (perkusja) przeciwstawia się określaniu albumu jako konceptu: Tematyką jest tutaj dekadencja, ale nie ma żadnej spójnej historii. Koncept objawił się w samym produkcie, bo okładka płyty przypominała wielki portfel z wężowej skóry, a do środka wsadzono wielki banknot. To przeniknęło do samej muzyki, scaliło to wszystkie kawałki.

Bob Ezrin: Zawsze twierdziłem, że zespół Alice’a Coopera trzymał w swoich rękach wielkie krzywe zwierciadło wystawione w stronę amerykańskiego społeczeństwa. I tym właśnie był cały album – większą, szybszą, bardziej wystawną, wyolbrzymioną, samolubną wersją naszej kultury.

Byliśmy teatralną kapelą, mówi Dunaway. Niełatwo być teatralnym w studio, ale z pomocą Boba Ezrina doskonale sobie z tym poradziliśmy. Teatralność na scenie jest przede wszystkim tym, co widz zobaczy, ale zabierz te wszystkie gadżety, stroje, pozy i pozostajesz w sytuacji, kiedy musisz to wszystko odzwierciedlić w muzyce. Musieliśmy się tego nauczyć i myślę, że Billion Dollar Babies jest wzorowo odrobioną pracą domową. Pamiętam moment, gdy usłyszałem Boba Dylana cytującego nasz kawałek. Powiedział, że to jest doskonałe! Nigdy wcześniej nie słyszałem Dylana chwalącego jakikolwiek inny band.

Początek lat 70-tych XX wieku był idealnym czasem na eksplozję popularności zespołu Alice’a Coopera. Ze swoją charyzmą, glam rockowo – teatralno – horrorowym wizerunkiem, dekadenckim przekazem, inteligencją, a przede wszystkim niezwykłym talentem do tworzenia utworów balansujących na krawędzi zamierzonego kiczu i szerokich muzycznych inspiracji, ci kolesie posiadali wszystkie atrybuty niezbędne do zapanowania nad światem. Od 1971 roku wykonali kilka mocnych manewrów, które ustabilizowały ich pozycję w świecie największych tuzów muzyki rockowej, natomiast dopiero album Billion Dollar Babies wyniósł ich ponad wszystko, o czym marzyli. Tutaj właśnie dokonała się idealna fuzja przebojowości, hard rockowej zadziorności i artyzmu. Łapcie deluxe edition Billion Dollar Babies, bo jest to wydanie kompletne, a sama płyta to pozycja obowiązkowa dla KAŻDEGO miłośnika muzyki popularnej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s