A Tribute To…


Obrazek
Dziś Popkulturalnego wydanie wspominkowe, bo przydarzyła się ku temu nie lada okazja. Dokładnie wczoraj, czyli 20 marca, Szaman Eteru, Piotr Kaczkowski, obchodził pięćdziesięciolecie swojej działalności radiowej. Pół wieku przy konsolecie, które zaowocowało kilkoma pokoleniami zarażonymi najwspanialszą muzyką przez faceta, którego głos i podejście do prezentowanych utworów nigdy nie miały sobie równych. Działa to na mnie w sposób dość emocjonalny, dlatego tym razem nie spodziewajcie się historycznej jazdy podobnej do tej, jaką zaserwowałem wam przy okazji tekstu o Billion Dollar Babies. Nie, dziś pogawędzimy o tym, co Kaczkowski mi pozostawił i dlaczego wciąż siedzę w tym po uszy. Będzie to właściwie hołd oddany człowiekowi, który sprzedał mi sporą muzyczną wiedzę i kilka kapel, od których wciąż nie potrafię się uwolnić. Ceną była moja uwaga i dwie godziny z każdego niedzielnego wieczoru przez kilka lat. Niewielki to koszt i bardzo przyjemny.

Tak sobie myślę, że trochę mi się poszczęściło z tym moim lekkim opóźnieniem technologicznym. W ten sposób udało mi się przeżyć kilka rzeczy, na które obecnie młodzież nie ma żadnych szans. W okolicach 1998/99 nie miałem jeszcze stałego dostępu do Internetu. Nie posiadałem wtedy nawet komputera. Jedynym sprzętem elektronicznym stojącym w moim pokoju (obłożonym książkami, kasetami i płytami) była wieża, której właściwie nie wyłączałem. Po prostu nie miało to najmniejszego sensu, bo wciąż coś u mnie grało. Kaset (rzadziej płyt – były dla mnie za drogie) przybywało, a mój muzyczny głód wzrastał wraz z pochłanianiem kolejnych nagrań. W końcu trafiłem na audycję MiniMax (Minimum słów, maksimum muzyki, choć różnie to bywało) prowadzoną przez Piotra Kaczkowskiego w radiowej Trójce. I to jest właśnie ten cholerny fenomen – przez ostatnie pięćdziesiąt lat, kilkadziesiąt (a może i kilkaset) tysięcy młodych fanów rocka zrobiło dokładnie to samo co ja i przeszło tę samą drogę. Pamiętam ten rytuał – czysta kaseta (zawsze 90-tka) tkwiła już w kieszeni magnetofonu, pan Piotr zapowiadał artystę, a mój palec spoczywał na przycisku record. Często nie miałem pojęcia, czy to, co za chwilę zarejestruję na taśmie przypadnie mi do gustu. Ważne było gromadzenie i późniejsze odsłuchiwanie, analizowanie, zapisywanie wrażeń (prowadziłem nawet specjalny zeszyt) i… planowanie muzycznych zakupów. To dzięki Kaczkowskiemu poznałem takich tuzów prog rocka jak Focus, Blind Faith czy Colosseum (fantastyczny album Valentyne Suite!). Pierwsze spotkanie z Blind Faith pamiętam najmocniej, bo naprawdę zakochałem się w tej ich jedynej płycie. Eric Clapton, Steve Winwood i Ginger Baker w jednym składzie! Coś niesamowitego! To Kaczkowski uzmysłowił mi, że Elton John to nie tylko pocieszny queer śpiewający I’m Still Standing, ale jeden z największych artystów wszech czasów! U Kaczkowskiego usłyszałem po raz pierwszy bootlegowe perełki Queen, Rogera Watersa, Iron Maiden, a nawet kilka rarytasów U2 (ta niezapomniana koncertowa wersja Bad). Noce dedykowane Deep Purple, bądź Freddiemu Mercury’emu (odbywały się zazwyczaj z okazji rocznic urodzin, bądź śmierci), nagrywałem w całości. Dzięki odsłonom poświęconym Glennowi Hughesowi przekonałem się, że to nie on zepsuł Deep Purple. Ba, stał się nawet jednym z moich muzycznych idoli, a  MKIII ulubionym składem Purpury. A to, że nigdy nie potrafiłem zrozumieć, co Kaczkowskiego tak bardzo fascynowało w Tori Amos, albo w zespole Tool? A to, że absolutnie nie nadążałem za jego ostatnimi alternatywnymi fascynacjami? Hej, to są drobnostki. Przemijają jak… Pamiętacie monolog Rutgera Hauera z Blade Runnera? Ten o łzach w deszczu? No właśnie. Kasety z MiniMaksem wciąż posiadam. Tytułowałem je Works Of Art Vol. 1, 2, 3, etc.. Każda opatrzona jest datą, a utwory są rzetelnie opisane. Sądzę, że nie pozbędę się ich nigdy. W końcu reprezentują kawał historii.

ObrazekKilka lat temu miałem niesłychaną przyjemność prowadzić dwie audycje radiowe w jednej ze studenckich rozgłośni. To było coś fantastycznego, jedno z najbardziej ekscytujących doświadczeń w moim życiu. Od podstawówki marzyłem, by móc prezentować swoją muzykę, opowiadać o niej i być słuchanym. W końcu, gdzieś w okolicach drugiego roku, udało mi się dostać dość spory czas antenowy i totalnie wolną rękę. Mogłem puszczać co chcę i mówić, co mi ślina na język przyniesie. Należałem do grona absolutnych muzycznych freaków. Cholera, moglibyście nas wtedy widzieć! Niepowtarzalna mieszanka ludzi wyrwanych z trzech dekad, od późnych lat 60-tych do końcówki 80-tych. Pełna wizualna manifestacja muzycznych fascynacji i inspiracji. Było nas kilku, każdy miał swoją godzinę, bądź dwie i wszyscy chcieliśmy być Kaczkowskim. MiniMax był dla nas podręcznikiem, Biblią wręcz. Nie zrzynaliśmy z mistrza, było to raczej przetwarzanie i stopniowe formowanie własnego stylu bazując na solidnym (najlepszym!) fundamencie. W najbardziej ekstremalnych chwilach można było wręcz wyłowić cytaty z Kaczkowskiego, które, często bezwiednie, wtrącaliśmy do ekstatycznych zapowiedzi kolejnych utworów! Tak to w nas siedziało.

Wydaje mi się, że nawet dziś, pisząc o muzyce, przemycam gdzieniegdzie trochę tej Kaczkowszczyzny. Na czym ona miałaby polegać? Cóż, sądzę, że jest to ten rodzaj specyficznego opowiadania o dźwiękach, w którym warstwa emocjonalna często góruje nad zimną rzeczowością. Piotr Kaczkowski, poza serwowaniem solidnej muzycznej wiedzy, tworzy niepowtarzalny klimat (tak, wciąż to robi!). Obudowuje fakty uczuciami, anegdotami, niesamowitymi historiami. Opowiadając bawi się głosem, intonacją, nawet oddechem. W porządku, tego ostatniego na papierze nie da się zrobić, ale słowa przecież można przystroić w taki sposób, że ten merytoryczny szkielet zyskuje naprawdę piękne ciało. To staram się robić za każdym razem, nawet za cenę prawdziwych męczarni podczas generowania kolejnych artykułów. Uczucia muszą być na wierzchu, bo to jest to, co nas zbliża z odbiorcą, nieważne, czy jest on słuchaczem, czy czytelnikiem.

ObrazekJestem pewien, że Piotra Kaczkowskiego możemy nazwać artystą eteru. Fenomenem jest, że słuchając MiniMaxu, warstwa słowna, cała ta konferansjerka, miała dla mnie takie samo znaczenie, co muzyka, którą poprzedzała, bądź podsumowywała. Z resztą, nie tylko dla mnie. Smutna jest tylko konkluzja, a właściwie pytanie –  ilu mieliśmy takich magów? Najlepszy uczeń Kaczkowskiego, Tomasz Beksiński, odszedł przecież dawno temu.

Szaman Eteru ma 67 lat. Dużo i niedużo. Sporo MiniMaksów jeszcze przed nim. Mimo wszystko, zastanawiam się, czy na horyzoncie pojawił się już jakiś godny następca.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s