Niezwykle witalny diabeł z pudełka

ObrazekTak, to znowu on, a raczej ja o nim. Ktoś nawet ostatnio upomniał mnie, że Popkulturalny powoli zamienia się w bloga poświęconego w całości Davidowi Bowiemu. No cóż, stało się tak (i trudno było coś takiego zaplanować), że kiedy zacząłem publikować swoje teksty pod tym adresem, na świecie gruchnęła wiadomość o powrocie mojego starego idola. Cóż począć, jeśli teraz jest to temat numer jeden, nie tylko w moim skromnym magazynku z popkulturą. Prasa, radio, telewizja, Internet – Bowie jest wszędzie. Ten szczwany lis przyczaił się na całe dziesięć lat i kiedy poczuł, że nadszedł czas, wyskoczył jak diabeł z pudełka (albo jakiś komiksowy mastermind po latach hibernacji), by posiąść we władanie świat mediów. Być może tylko na chwilkę, póki jego powrót jest świeżą sensacją, ale w sposób totalny. Zresztą, kto wie, co nas jeszcze czeka z jego strony. Byle prędko i dużo. Szczególnie, że po tym, co pokazał na The Next Day nie będzie miał chyba innego wyjścia.

Musicie wiedzieć, że w ciągu ostatnich kilku lat było wiele premier, na które czekałem z mniej Obrazeklub bardziej gwałtownym biciem serca. Bardzo często były to albumy świetne, a czasem nawet ocierające się o doskonałość, jednak żadnej z tych płyt nie udało się totalnie zamieszać w mojej głowie i uczynić mnie swoim niewolnikiem. Aż do Dnia następnego.

Proszę sobie wyobrazić, że już nawet nie wyjmuję tego krążka z odtwarzacza CD. Czasem tylko zamieniam go na jakiś inny, ale jest to działanie podobne do podjadania imbiru pomiędzy kolejnymi kawałkami sushi. Ważne, by nie stracić tego niesamowitego uczucia świeżości.

Wałkuję The Next Day bez ustanku od momentu, w którym pojawił się legalnie w sieci, a od dnia premiery – na CD. Szczerze mówiąc, utonąłem w nowych dźwiękach stworzonych przez Mistrza i jego niestrudzoną świtę (wcześniej tak dzielnie broniącą tajemnicy!). Myślę, że kotłują się we mnie wrażenia wymagające uformowania i sądy, które być może ulegną jeszcze weryfikacji, ale nic to. Trzeba kuć żelazo póki gorące, a to, od jakiegoś miesiąca, rozgrzane jest do białości. Prawdę mówiąc, najpierw pomyślałem, że może dobrze byłoby poczekać jeszcze kwartał, aż oswoję się z całym materiałem, muzyką, słowami i wszystkim tym, co stanowi o tym wielkim powrocie. Kto wie, być może wtedy byłbym gotów na stworzenie dużo głębszego tekstu, dokładniejszej analizy… Zastanawiając się nad tym zagadnieniem, rozparłem się wygodnie na krześle, wziąłem do ręki pilota i odpaliłem The Next Day. Ha, nie ma mowy, szanowny panie! Zdanie zmieniłem wraz z pierwszym refrenem otwierającego płytę utworu tytułowego. Być może właśnie o to chodzi, by emocje były w miarę świeże, gorące, nieokiełznane.

ObrazekPierwsze, co mną wstrząsnęło, to głos Bowiego. Pamiętam, że na albumach Hours z 1999 roku oraz Heathen z 2002 brzmiał już jak człowiek zmęczony. Ok, były to świetne płyty, ale dało się już słyszeć, że nagrane zostały przez artystę mającego za sobą całe milenia muzycznych wojaży. Z wokaliz na The Next Day bije witalność, którą nawet momentami mógłbym nazwać młodzieńczą. Na pierwszym singlu zatytułowanym Where Are We Now usłyszeliśmy starszego pana, który przepięknie, łamiącym się głosem, śpiewa nam pa, pa. Jak wielu domyśliło się wtedy, że to kolejna ściema Davida Bowiego – następna, świetnie zagrana rola? Na The Next Day słychać, że David się zregenerował, nabrał chęci do tworzenia i wykonywania. Jest to również wielki pokaz kreatywności. Każdy z czternastu utworów (wydanie deluxe ma ich siedemnaście) jest zupełnie nową przygodą. Cały czas balansujemy na granicy klasycznego rocka, lekkiej awangardy i eleganckiego popu. Wkradają się nawet elementy charakterystyczne dla grania mocniejszego, które działają tutaj niczym ostra przyprawa, sprawiająca, że danie jest jeszcze bardziej egzotyczne. Mistrzostwo tkwi jednak w tym, że pomimo całego tego eklektyzmu, The Next Day brzmi niezwykle spójnie. Ani przez moment nie przyszło mi na myśl, że jakiś utwór jest z innej bajki. Nawet taki semi – industrialny odlot jak If You Can’t See Me, czy niemal hard rockowy (You Will) Set The Word On Fire. Tak swoją drogą, ten drugi utwór powinien zostać wybrany na singiel, bo poza oczywistym czadem, ma w sobie ten hak, który wbijając się w naszą głowę, za cholerę nie chce dać się z niej wyrwać.

ObrazekWarto wspomnieć jeszcze o powiązaniach The Next Day z berlińską trylogią (albumy Low i Heroes z 1977 roku oraz Lodger z 1979), bo wskazuje na nie już sama okładka, która jest swego rodzaju gwałtem na legendarnym zdjęciu zdobiącym album Heroes. Pierwszy singiel (Where Are We Now) także nie pozostawiał złudzeń. Bowie opowiadał w nim o miejscach, które znał z czasu, kiedy mieszkał i tworzył w tym dziwacznym, podzielonym mieście. Czym były te trzy wielkie albumy, jeśli nie demonstracją wielkiej odwagi, wolności twórczej i wi-tal-no-ści? Podobnie jest teraz, płyta The Next Day zwaliła z nóg nie tylko mnie. Nikt już nie śmie nazwać Bowiego przebrzmiałym pierdzielem. To jest ten sam David z Heroes! Nawet tupet ten sam. A co, nie wolno mu?

Wbrew temu, co przeczytać można w wielu recenzjach, nie brzmi ten album jak wielkie pożegnanie artysty. Poza kilkoma nawiązaniami do przeszłości, nie ma tutaj jakiegoś rozliczania się ze swoją spuścizną. Okładka i kilka odsyłających tekstów to wycieczki człowieka, który właściwie nigdzie się nie ruszał.

ObrazekNie chcę roztrząsać The Next Day na zasadzie zwykłej recenzji, gdzie w dobrym tonie jest wziąć pod lupę każdy kawałek z osobna, zacytować kilka tekstów z bardziej znaczących utworów (koniecznie dociekając, co autor miał na myśli) i błyskotliwie rzecz podsumować. Ja chciałem po prostu wdać się w małą polemikę z wszystkimi tymi, którzy chcą już Davida Bowiego żegnać – dzięki, Mistrzu, za wspaniały album i do zobaczenia po drugiej stronie. A w życiu! Nie wiem, jakie będzie jego ostateczne słowo, bo przecież nikt nie wie, czy i kiedy diabeł wyskoczy z pudełka. Ja po prostu liczę na to, że po takim pokazie wspaniałej formy i niegasnącej kreatywności, David Bowie się rozochoci i da nam więcej. Ja wręcz krzyczę o jeszcze!

Będzie jeszcze jeden Następny dzień? Jeśli miałbym się zakładać, postawiłbym na tak.

Może bym stracił, a może nie…

Cholera, naprawdę chciałbym mieć rację!

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Niezwykle witalny diabeł z pudełka

  1. Nigdy Bowie nie należał do moich ulubieńców, ale doceniam jego twórczość, a ludzie zachwycający się nim na antenie trójki nie mogą się mylić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s