Światy opisane

Jeśli znika się na całe pół roku, nie zostawiając nawet króciutkiego liściku pożegnalnego, a później wyskakuje zza węgła, jakby wyszło się tylko na jedno piwko, wypadałoby się chyba jakoś wytłumaczyć, prawda? Zapewne tego właśnie wymagałby przyzwoitość. No tak, przyzwoitość… W takim razie, proponuję mały rewanż z mojej strony. Wybierzemy się w podróż, podczas której zaliczymy obie Ameryki i całą Rosję. Staniemy u stóp piramid Majów, zobaczymy co słychać u Guzmana i Los Zetas, odpoczniemy w Belize, a później potelepiemy się nieistniejąca Route 66. Odwiedzimy miasta duchów przy autostradzie, a potem wziuuum i przenosimy się nad Bajkał. Matrioszka Rosja jest niesamowita, zapewniam. Pasuje? Dla mnie rewelacja. Środek lokomocji? Zaufajcie mi, wystarczy nam sześć książek. No to, wszyscy na pokład!

Od jakiegoś czasu nosiłem się z zamiarem zrobienia małego zestawienia książek podróżniczych, które w szczególny sposób utkwiły mi w pamięci. Miał to być mój żelazny kanon – pozycje, przez których pryzmat oceniam każdą kolejną publikacje tego typu. W pewnym momencie pomyślałem, że może jednak jest to bez sensu, bo przecież taka lista nie jest monolitem. Wciąż mogą się pojawić kolejne typy, a historia literatury pełna jest tytułów, których nie zdążyłem jeszcze odkryć. No, ale w końcu dałem się przekonać samemu sobie. Co z tego, że za miesiąc dwa będę chciał aktualizować to małe zestawienie? Pewnie to zrobię. W końcu, to mój plac zabaw.

 Paul Theroux Stary Ekspres Patagoński. Pociągiem przez Ameryki

ekspresDroga zawsze w jakiś sposób inspiruje – czasem napełnia nas energią witalną, innym razem przygnębia i skłania do gorzkich konkluzji, ale nigdy nie pozostawia bez swojego piętna. Bruce Springsteen śpiewał, że ucieczka czasem jest konieczna, nawet jeśli po drodze czeka na nas śmierć. Wcześniej Emerson pisał, że to bez sensu, bo gdziekolwiek byśmy się nie udali, nasze problemy pojadą razem z nami.

Cel podróży może być bardzo konkretny (miejsce, osoba, biznes), ale może też nim być sama droga. Tak też jest u Paula Theroux. Jasne, na samym początku dowiadujemy się, że wojaż ma swoją metę w Patagonii, jednak okazuje się ona tylko pretekstem. Liczą się te tysiące kilometrów, które skłaniają do refleksji na temat miejsc, historii i całego rodzaju ludzkiego ludzi (bo przecież osoby poznane po drodze są obywatelami wielu krajów). Autor jest cholernym cynikiem, jego konstatacje niejednokrotnie wydają się okrutne, a nawet niesprawiedliwe, jednak odłóż na chwilę książkę i pomyśl nad nimi, a dojdziesz do wniosku, że są cholernie trafne. Złośliwości, z jakimi wyraża się Theroux o współtowarzyszach swojej podróży, których najchętniej wolałby w ogóle nie mieć, często wzbudzają w nas perwersyjne rozbawienie. Czy jest to nieznośnie idealistyczna hipiska, czy pierdołowaty turysta z USA, czy niemiecki skąpiec spotkany w pociągu – nawet jeśli dochodzimy do wniosku, że autor łoi ich bez opamiętania, przyłapujemy się na entuzjastycznym kibicowaniu jego złośliwościom. Skądś to przecież znamy.

Mimo to Stary Ekspres Patagoński jest przede wszystkim gorzką opowieścią. Ameryka Południowa końca siódmej dekady XX wieku nie jest wesołym miejscem. Dominuje bieda, której Theroux na szczęście nie stara się uszlachetniać. Przeciwnie, piętnuje ją i opisuje tak, byśmy wręcz organoleptycznie odczuli jej okropieństwo. 1979 rok to również czas wielkich niepokojów i dogorywających totalitaryzmów, a zatem wiele ran jest jeszcze świeżych, a niektóre nie zaczynają się nawet goić. Autor nawet na chwile nie występuje w tym wszystkim jako mędrzec z lepszego świata. To po prostu normalny facet, który wsiadł do pociągu, a ten przewiózł go przez miasta, kraje, piękno, brzydotę, nędzę, ludzką dolę i niedolę. Po czymś takim nikt nie może być tym samym człowiekiem i Theroux sam przyznaje, że został tą drogą napiętnowany.

Tym, co poruszyło mnie w Starym Ekspresie… w sposób szczególny jest język. Theroux to prawdziwy wirtuoz, którego swoboda operowania słowem i metaforami dosłownie powala na ziemię, a u piszących wywołuje zazdrość. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak bardzo zachwycony byłem umiejętnością konstruowania zdań, pięknem ich ostatecznego kształtu i dobitnością przekazu, który tworzą. Można być obojętnym wobec źle przedstawionej treści, jednak, kiedy wyrażają ją mistrzowsko skonstruowane frazy, przez ciało przechodzi prawdziwy dreszcz. Autorzy tacy jak Theroux nie używają pióra, ani nawet maszyn do pisania – oni tatuują swoje słowa na naszych umysłach.

 Ed Vulliamy Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy

ameksykaChciwość, władza, pieniąchy, narkotyki, a wśród tego ludzie, niczym w Empire V Wiktora Pielewina, wytwarzający bablos, który napełnia basiory możnych tego świata.

Ameksyka… to jedna z najważniejszych książek wydanych w ostatnich latach. Wyczerpujący, brutalny dokument o przemyśle narkotykowym, uświadamiający przede wszystkim globalną skalę problemu, choć umiejscowiony na legendarnym pograniczu. Rzecz przeznaczona dla tych, którzy nie tylko chcą wiedzieć jak najwięcej, nasycić się sensacyjnymi informacjami, ale też dotrzeć do samego jądra ciemności. Ostrzegam, Ed Vulliamy nie bierze zakładników, nie lituje się nad sobą i czytelnikiem, nie pozostawia suchej nitki na kondycji świata, w jakim przyszło nam żyć. Tu nie ma miejsca na romantyczny mit gangstera w drogim garniturze i szmuglera przeżywającego swoje przygody na pograniczu. Czytelnik, jak Alicja, przerzucony zostaje na drugą stronę wielkiego lustra rozciągającego się od San Diego i Tijuany aż do Brownsville i Matamoros. Po jednej stronie tętni pozornie bezpieczne i dostatnie życie, a po drugiej goreje najprawdziwsze piekło. Wujek Sam wydaje się spokojny i odwraca oczy, bądź podejmuje się pozornych działań, by uspokoić opinię publiczną, tymczasem z wiaduktów w Ciudad Juarez zwisają kolejne zmasakrowane zwłoki. Szklana tafla, pozornie tak mocna, staje się prawdziwym portalem, przez który każdego dnia prześlizgują się kolejni poszukiwacze lepszego życia, bądź szmuglerzy. Handel kwitnie. Świat potrzebuje towaru, bossowie potrzebują pieniędzy, ludzie potrzebują pracy, amerykańskie korporacje potrzebują taniej siły roboczej. Koło się zamyka. Ameksyka... to wielka literatura faktu, choć pełna bólu, cierpienia i informacji, które niejednego zwalą z nóg. Podziwiam autora, bo dotarł do zadziwiających źródeł, wyciągnął na światło dzienne rzeczy, za które niejeden oddał życie. Powstał z tego potężny akt oskarżenia… Kim jest winny? Cóż, zapraszam do lektury.

 Hugh Thomson Tequila Oil, czyli jak się zgubić w Meksyku

tequilaPorządnie obity i przepuszczony przez ameksykańską maszynkę do mięsa Vulliamyego, pozbawiony złudzeń i naładowany końską dawką cynizmu przez geniusza Theroux, potrzebowałem wytchnienia, lekkiej kuracji. Te dwie książki mnie zachwyciły, ale przeczytawszy je poczułem się jak ławnik podczas wielkiego procesu wytoczonego cywilizacji XX i XXI wieku. Nie chciałem jednak opuszczać Ameryki Południowej, która fascynuje mnie od długich lat.

Wtedy pojawił się Hugh Thomson, wskazał puste miejsce po stronie pasażera w swoim oldsmobilu 98 i kazał wsiadać.

Czy Tequila Oil faktycznie okazała się skutecznym painkillerem? Cóż, w pewnym sensie. Zacznijmy może od tego, że Thomson, odbywając swoją podróż w 1979 roku (w tym samym czasie, co Theroux!), był młodym brytyjskim punkiem, który nie miał bladego pojęcia, w co się pakuje. Wiedział tylko jedno – w Ameryce Południowej można korzystnie upłynnić starą brykę przywieziona z USA. Potrzebował też przygody, dania porządnego upustu swojemu młodzieńczemu buntowi. Mały samochodowy biznes był idealną bazą pod wielką przygodę.

Dałem się namówić, wsiadłem. Nie pożałowałem. Faktycznie, wyprawa przebiegała w nieco luźniejszej atmosferze, choć nie obyło się bez kilku gorzkich refleksji. Cóż, taka to część świata. Thomsona nader wszystko cechuje humor, będący wypadkową brytyjskiego cynizmu i zabójczej bystrości. On pozwala mu przezwyciężyć momenty zwątpienia. Drugim motorem napędzającym tę maszynę jest wiedza i jej konfrontacja z rzeczywistością. Jadąc z Thomsonem, jak gąbka chłonąłem opowieści o rewolucji meksykańskiej, cywilizacji Majów i Azteków, a także literaturze inspirowanej Ameryką Południową. Udało nam się nawet pokłócić na tematy muzyczne, bo wyraźnie prezentujemy inne podejście do świata rocka. W każdym razie, podróż była zajmująca, a jej inicjator okazał się szalenie inteligentnym gościem z nadnaturalnie rozwiniętym darem opowiadania. Czy potrzeba czegoś więcej?

W literaturze podróżniczej, poza pisarską swadą, ważna jest jeszcze jedna rzecz – przekonanie czytelnika, że się tam było. Jest to taki specyficzny element, który nieraz pogrzebać potrafi całą opowieść i sprawić, że dalsze poświęcanie czasu lekturze wydaje się bez sensu. Thomson zdaje ten egzamin na szóstkę. Podczas całej tej literackiej podróży, czułem wręcz jak wóz podskakiwał na wybojach, słyszałem kawałki, których autor słuchał podczas swojej podróży, a pobyt w Belize uznałem za odfajkowany. I to dwukrotnie. O to właśnie chodzi.

David Grann „Zaginione Miasto Z”

miastozPoczątek zeszłego wieku dał nam wielu szaleńców, którzy postawili sobie za punkt honoru, by to, co dotychczas wydawało się czystą fantazją, uczynić możliwym. Człowiek wzniósł się w przestworza, zaczął eksplorować oceany, stworzył silnik spalinowy i coraz śmielej ujarzmiał energię elektryczną. Znikało coraz więcej białych plam na mapie świata, a oczy fantastów i odważniejszych naukowców powoli zaczęły spoglądać w stronę przestrzeni kosmicznej. Jednak niektóre ziemskie tajemnice wciąż uparcie opierały się ambitnemu człowiekowi zachodu. Na przykład… mityczne Złote Miasta.

Kochani moi, czy wiecie, że Indiana Jones nie był do końca zmyśloną postacią?

Percy Harrison Fawcett, bohater książki Davida Granna, parł niezmordowanie przez Puszczę Amazońską, nie bacząc na to, że w rodzimej Anglii czekały go wygody dżentelmeńskiego życia u boku tak pięknej jak młodej żony i uroczych dziatek. Chciał pełnego wyzwań życia eksploratora terenów nietkniętych do tej pory (czyli do początku i pierwszej połowy XX wieku) ludzką stopą. Był prawdziwą gwiazdą ówczesnych mediów, odkrywcą źródeł rzek, twórcą południowoamerykańskich granic, cyborgiem, którego choroby się nie imały, egoistą, despotą i najprawdziwszym, szlachetnym, oldschoolowym badassem. Dziś miałby swój program na National Geographic. Fawcett przysiągł sobie i całemu światu, że prędzej go piekło pochłonie, niż wróci bez mapy prowadzącej wprost do legendarnego złotego miasta. No i go pochłonęło. Przepadł nasz bohater bez wieści, a zaraz po nim całe rzesze naśladowców, którzy wiedzeni wizją sławy i chwały, ruszyli mu na ratunek.

Grann tka swą opowieść ze swadą. Nie minie kilka wieczorów, a przewracać będziecie ostatnią stronę, głęboko zawiedzeni, że to już koniec. Zapewniam.

Czytajcie zanim nakręcą film! Prace ruszają już od trzech lat i podobno sam Brad Pitt dostał propozycję zagrania roli głównej.

 Wojciech Orliński Ameryka nie istnieje

amerykaAmeryka nie istnieje to z jednej strony literacka kula burząca wiele popkulturowych (i nie tylko!) mitów dotyczących Stanów Zjednoczonych, a z drugiej zgrabny pomnik postawiony wszystkim tym elementom, z których ułożony został nasz obraz kraju Wuja Sama. Wojciech Orliński z wiedzą erudyty i zapałem pasjonata (czasem nawet prawdziwego geeka), zabiera nas w podróż przez Krainę Nadziei i Snów, a następnie, niczym przebojowy przewodnik, oprowadza po gabinecie amerykańskich osobliwości, znanych nam z filmów, książek, komiksów, czy płyt. Z tych wszystkich elementów tworzy porywającą i cholernie szczerą opowieść o zjawiskach oraz miejscach, których nigdy nie było, dawno już nie istnieją, bądź wyglądają zupełnie inaczej, niż to, co utkwiło w naszej świadomości. Brzmi to jak brutalne rozliczenie, demaskacja i chęć przebudzenia nas z amerykańskiego snu, ale nie taki jest cel Orlińskiego. To mały paradoks, że zderzenie mitu z rzeczywistością wcale nie powoduje jego totalnej destrukcji, ale wręcz czyni go jeszcze bardziej porywającym. Jest w tym pewnie zasługa autora, który jak zwykle, za pomocą swojego fanowskiego podejścia połączonego z niezwykłą lekkością pióra, zaraża swoim uczuciem do Stanów Zjednoczonych (a właściwie kultury tego kraju), jednocześnie wzbogacając nas o cenną wiedzę.

Ameryka Orlińskiego zbudowana jest z miejsc, ludzi, zjawisk, historii, biznesu, muzyki, filmu, komiksu i książek. Wszystkie te elementy przenikają się bardzo swobodnie, wpływają na siebie i pomagają tworzyć to, co nas od lat pasjonuje, a tak często po prostu nie istnieje w znanej nam formie. Sięgając po Ameryka nie istnieje, dostajemy jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy, przewodnik po USA. Jeśli pasjonują cię Stany Zjednoczone, masz przed sobą kilkaset stron, które pochłoną cię bez reszty. Jeżeli natomiast wybierasz się w podróż po tym mitycznym kraju, obowiązkowo zabierz ze sobą Orlińskiego.

 

Jacek Hugo-Bader Biała gorączka

białaJacek Hugo-Bader był dla mnie kiedyś wielkim odkryciem. To on pokazał mi tę fascynująco – przerażającą Rosję, gdzie historia i nowoczesność mieszają się w wielkim, poobijanym tyglu, tworząc okrutnie niedorzeczną miksturę, która od lat niezmiennie uwodzi i intryguje. Wcześniej nie zdawałem sobie nawet sprawy z faktu, że nasz były Wielki Brat to zupełnie inna planeta, zamieszkała przez przedziwnych ludzi, napędzana ostrymi kontrastami, niewyobrażalnymi dla nas zwyczajami i czymś, co nazwać możemy magią. Czytanie Białej gorączki sprawia, że uczucia w nas buzują. W bardzo krótkich odstępach czasu jesteśmy przerażeni, zasmuceni i zafascynowani. Sprzeciwiamy się niesprawiedliwości historii, która tak bardzo doświadczyła ten naród i wyryła się bruzdami na tych wdzięcznych twarzach, a jednocześnie łapczywie pożeramy kolejne rozdziały. Z zapałem brniemy przez zatłoczone ulice Moskwy, nieprzejezdne syberyjskie drogi i prawie opustoszałe wioski, nawet jeśli to, co przeczytaliśmy wcześniej wydawało się sięgać granic naszej tolerancji. Taka jest właśnie Rosja – kraj – świat, kraj – planeta. Styl Hugo-Badera doskonale koresponduje z tą niesamowitością, bo stoi do niej w opozycji. Autor ucieka on od nadmiernej afektacji, nie sili się na poetyckie opisy, nie fabularyzuje nadmiernie wydarzeń, których był świadkiem, czy też uczestnikiem. Jednocześnie Biała gorączka nie jest suchą relacją, lecz opowieścią odważnego faceta, który kupił wysłużonego GAZa i wybrał się w trudną, ryzykowną podróż, podczas której spotkał fascynujących ludzi. Ich losy, przelane na papier przez jednego z wirtuozów reporterskiego pióra, na długo pozostają w pamięci. Być może na zawsze.
Pamiętam z jak wielką niecierpliwością czekałem na kolejne reportaże z rosyjskiego cyklu Hugo-Badera, które publikowała kilka lat temu „Gazeta Wyborcza”. Pamiętam też radość, jaką wywołała u mnie informacja, że pojawią się one w formie książkowej. Biała gorączka to druga część rosyjskiej trylogii (tworzą ją jeszcze książki W rajskiej dolinie wśród zielska oraz Dzienniki kołymskie) i chyba najdoskonalsza. Od niej polecam zacząć swoją przygodę z Hugo-Baderem.

A na deser, jak zwykle, trochę wspaniałej muzyki. Jeżeli temat dotyczył drogi, to cóż innego mógłbym wam zaproponować, jeśli nie…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s