Moja muzyczna piętnastka na trzydziestkę. Część 1.

Czas na małą wycieczkę osobistą świeżego trzydziestolatka. Nawet jeśli ten mały skrawek sieci zwany blogiem oderwać chcemy całkowicie od naszego życia, przychodzi w końcu taki moment, w którym prywata atomowym kopniakiem wywarza drzwi i wymusza, należną sobie, odrobinę atencji. Inna sprawa, że naszych zamiłowań muzycznych, literackich, czy filmowych nigdy nie odkleimy od naszego życia. To jego integralna część. No, ale dość cholernych truizmów. Do rzeczy. Mówi się, że ukończenie trzydziestego roku życia (happy birthday to me) to ten moment, w którym facet powinien się ostatecznie zdefiniować. Albo zostaje w punkcie będącym niespokojnym pograniczem między krainą szczeniackich zapędów, a posępną doliną tej bardziej dorosłej dorosłości, albo je odważnie przekroczy. Wyjście numer jeden oznacza pogodzenie się z pewną niestabilnością, oskarżeniami o bycie Piotrusiem Panem i wyrzutami sumienia, że koledzy tacy poważni i stateczni, a ja taki, cytując Muńka, rozpieprzony. Będziemy się dobrze bawić, ale nie unikniemy, czasem dość bolesnych ukąszeń normalności, która potrafi upominać się o swoje, jak nikt inny. Opcja druga to, z kolei, totalne przeobrażenie się. Zdejmujemy stare ciuchy i decydujemy się nigdy już ich nie zakładać. Zyskujemy jakieś tam uznanie, że wreszcie zdecydowaliśmy się wskoczyć na właściwy tor, ale czy przy okazji nie tracimy czegoś cholernie ważnego?

Pytania, pytania, pytania. Można je mnożyć, stawiając odpowiedzi, które i tak będą tylko otwierać kolejne furtki do coraz to nowych rozważań, wątpliwości, etc. Dlatego właśnie zajmiemy się tym, po co właściwie ten blog powstał. Wciągniemy nosem (a właściwie uszami) trzydziestoletnią ścieżkę popkultury. To dobry towar, moi kochani. Najlepszy.

1983 rok. 30 lat temu. Trudno powiedzieć, czy muzyka od tego czasu się zmieniła. Jasne, doszło parę nowych elementów, które jednak najczęściej okazywały się kolejnymi mutacjami tego, co już było. Oczywiście, analogowe metody nagrywania zastąpione zostały cyfrowymi, uważanymi za bardziej ekonomiczne i precyzyjne. Ale, czy dające ten sam efekt? Zmieniły nam się nośniki dźwięku, sfera wizualna niemal całkowicie pożarła świat audio, Internet zdominował właściwie wszystko… Bla, bla, bla…  Sama muzyka popularna przeszła kilka wojen atomowych, które przez jakiś czas skutkowały narodzinami mało uroczych potworków, które z kolei bardzo szybko zdychały. I dobrze. Podsumowując, trochę przez te trzy dekady namieszano, by w końcu przyznać, że to co najlepsze już było. Nie przestajemy się zachwycać rzeczami, które wedle wszelkich reguł powinniśmy uznawać za passé, a tworzący muzykę wciąż czerpią łapczywie z przebogatego źródła pomysłów i patentów ukutych przez starych mistrzów. I dobrze.

Mój 1983 to, jak z resztą zobaczycie, w ogromnej części hard rock i heavy metal. Nie ma się właściwie czemu dziwić, przecież początek ósmej dekady XX wieku był czasem ogromnej popularności tego gatunku. Media kochały takie granie, płyty wyprzedawały się na pniu, kolejne zespoły powstawały jak grzyby po deszczu, a starzy wyjadacze (wtedy uważano za takowych nawet 30 latków z 6 płytowym stażem!) z sukcesem stawali obok triumfujących nowicjuszy. Oczywiście, był to także czas pewnych kompromisów, kiedy niegdysiejsi twórcy muzyki uznawanej za ambitniejszą, czy awangardową, podejmowali bardzo śmiałe flirty z eleganckim popem. Jak udowodni poniższa lista, w wielu przypadkach wychodzili z tego z tarczą.

 1983… Parafrazując Sinatrę, to był bardzo dobry rok.

U2 – War

U2_War_album_coverWyobraźcie sobie, że pierwszy album, który przychodzi mi do głowy, kiedy mowa o 1983 roku to właśnie słynna Wojna niepokornych młodzianów z Dublina. Nagrywając tę płytę U2 znaleźli się w bardzo fajnym punkcie, w którym ich młodzieńczy, nieco naiwny bunt, zaczynał już swój romans z muzyczną dojrzałością. Była to świetna relacja, bo zaowocowała w doskonałą, pozbawioną słabych punktów płytą. War kocham miłością odkrywcy ponieważ poznałem ją bardzo dawno temu, kiedy muzyka U2 była dla mnie jeszcze czymś świeżym. To był naprawdę muzyczny cios, który totalnie zmienił mój świat. Ważne jest jednak to, że nie działają tu jedynie sentymenty. Ten krążek naprawdę się dzisiaj broni. Jest dość surowy, ostry, ale cholernie chwytliwy. Muzycznie dzieje się tutaj naprawdę dużo – zagrywki gitarowe The Edge’a są drapieżne, kąśliwe, sekcja rytmiczna jest bardzo witalna. Jest to jeszcze dość punkowy sposób na muzykę. Podoba mi się także sposób, w jaki śpiewał wtedy Bono. Trzy lata, bo tyle minęło od debiutu, pozwoliły mu nabrać pewnej dyscypliny, ale nie ma tu jeszcze tej maniery, znanej z późniejszych albumów. No i teksty. Młody Hewson od początku wiedział o czym chce śpiewać i nie marnował piosenek na bzdety, jednak na War jego liryki były wyjątkowo interwencyjne, walczące. W połączeniu ze świeżą i przebojową muzyką, dają one piorunujący efekt. Klasyczna pozycja.

Tradycyjnie, czas na muzyczne egzemplum. Trochę z przekory, a trochę z chęci uniknięcia niedźwiedźczyzny, będę wam proponował mniej oczywiste, acz warte uwagi, kawałki:

David Bowie – Let’s Dance

David-bowie-lets-danceZmiany zawsze były jedyną stałą w twórczej karierze Davida Bowiego, ale takiego przewrotu chyba nikt się wtedy nie spodziewał. Po kilku latach muzycznego eksperymentowania, które szczęśliwie przekładało się na sukces artystyczny i komercyjny, ex – Ziggy Stardust, ex – Thin White Duke, postanowił totalnie zarzucić odkrywanie nowych lądów i zamiast tego, popłynął z prądem, którym płynęło wielu. Nie brzmi to dobrze, prawda? Śmierdzi kompromisem i poddaniem się brzydkiej koniunkturce, ale… No właśnie, ale tutaj pojawia się kolejne zaskoczenie, bo David wygrał. Po raz kolejny. Lucky bastard! Przede wszystkim, Let’s Dance nie jest jeszcze płytą przekombinowaną. Mimo tego flirtu z bardziej konwencjonalnym rockiem, popem i funkowymi rytmami, mamy tutaj bardzo klasyczne podejście do tematu. Proporcje między instrumentami są wspaniale wyważone, melodiom daleko do cukierkowatości, a produkcja studyjna nie pożarła kompozycji. I to jest bardzo ważne, bo pomimo swojej atrakcyjności i komercyjnego sznytu, utwory zawarte na Let’s Dance mają swoją surowość, solidne uderzenie. Bowie stonował wokalnie, niemal całkowicie odrzucił histeryczną manierę i śpiewa tutaj w bardziej soulowy sposób, co w rockowym repertuarze sprawdza się zaskakująco dobrze. Doskonale sprawdził się młody Stevie Ray Vaughan, którego bluesowa gitara idealnie wkomponowała się w eleganckie kompozycje. Let’s Dance to absolutny kanon i ostatni tak dobry album Bowiego w latach 80tych.

Black Sabbath – Born Again

black_sabbath_born_again_frontTak, tak, nie jest to największe dokonanie ojców heavy metalu. Wokół Born Again narosło już tyle kontrowersji, że aż nie chce się ich tutaj po raz kolejny przytaczać. A to nie podobał się przeszarżowany głos Iana Gillana, który prowadził zespół w bardziej głębokopurpurowe, niż czarnosabatowe rejony, a to nie pasowała mało klarowna produkcja, a to bulwersowała dość niesmaczna okładka… No dobra, z wszystkim tym można się zgodzić, albo nie. Ok, wybór ex-wokalisty Deep Purple po odejściu Ronniego Jamesa Dio, był dość karkołomny. O ile Dio – obieżyświat – nie kojarzył się jeszcze tak bardzo z jednym konkretnym bandem, o tyle Duży Ian na stałe wpisał się w purpurowy lineup i nie sposób było go od niego oderwać. To chyba od początku musiało zalatywać efemerydą. Robota przy konsolecie też mogła być wykonana lepiej. Okładka mi się akurat bardzo podoba. Jest kontrowersyjna, oczojebna i mało apetyczna, ale ma swój nieodparty urok. To wszystko jest jednak mało ważne, bo okazuje się, że po trzydziestu latach od swojego wydania, Born Again broni się coraz lepiej i to nie tylko wśród fanów Black Sabbath. Pomogły temu chyba te wszystkie lata, kiedy mogliśmy usłyszeć jak bardzo ta muzyka wpłynęła na całą nowoczesną scenę metalową. Spójrzmy na zawartość tej dziwnej płyty; obok konwencjonalnych heavy matalowo – hard rockowych speedracerów, znajdziemy tutaj potężne, niepokojące, pokręcone i dość rewolucyjne kompozycje (Zero The Hero, a zwłaszcza Disturbing The Priest). No i numer tytułowy – chyba najpiękniejsza ballada, jaka wyszła spod paluchów Iommiego. Słuchanie Born Again to dziś perwersyjna przyjemność.

Iron Maiden – Piece Of Mind

Iron_Maiden_-_Piece_Of_MindKtóż nie był kiedyś metalem? No dobra, Piece Of Mind nie należy do pozycji zarezerwowanych li tylko dla stricte metalowych ortodoksów, bo ognia piekielnego tutaj malutko, ale na pewno stanowi część żelaznego kanonu na półce każdego metal-maniaka. Z Iron Maiden sprawa jest na tyle ciekawa, że ich czas właściwie nigdy nie przeminął. Kult Eddiego, jaki panował w moich licealnych czasach jest tym samym kultem, którego młodych wyznawców widzimy na ulicach w roku 2013. Wiadomo, że w dużej mierze jest to kwestia gadżetomanii i całej tej ironowej ikonografii, ale przecież bez dobrej muzyki, same obrazki i zabawki by się nie obroniły. No, to jaki diabeł siedzi w Peace Of Mind? Drugi album nagrany z Brucem Dickinsonem przy mikrofonie był właściwie przypieczętowaniem ogromnego sukcesu osiągniętego dzięki fenomenalnemu The Number Of The Beast. Płyta z 1983 roku to rozwinięcie i doszlifowanie patentów zainicjowanych na jej o rok starszej poprzedniczce. Jest szybko, ostro, ale przy tym bardzo melodyjnie, przebojowo. Znamy to? Jasne, że znamy, ale na Piece of Mind jest tego wszystkiego jakby jeszcze więcej. Galopujący Trooper, rozbudowany Revelations, czy ultramelodyjny Flight Of Icarus to wręcz trademarki Iron Maiden, apoteoza ich stylu i wszystko, czego będziemy mogli się od nich spodziewać właściwie aż do dziś. No i warto wspomnieć, że był to ogromny komercyjny sukces zespołu.

KISS – Lick It Up

kiss-lick-it-up-20120929023412Tak, 1983 to również rok, w którym ten symbol Ameryki po raz pierwszy pokazał się bez słynnych masek i postanowił nie zakładać ich przez najbliższe trzynaście lat. I, moi kochani, takich ich właśnie poznałem. Generalnie do Lick It Up mam stosunek bardzo osobisty, bo jest to rzecz, która była w moim domu właściwie od kiedy pamiętam. Wiecie, jak stary święty obrazek, czy reprodukcja Matejki na ścianie. Ojciec mój przyniósł ten album zapewne niedługo po premierze, dlatego dorastałem z tą muzyką. A może nawet bardziej z okładką, bo pierwotnie to ona mnie najbardziej interesowała. Czwórka mało sympatycznych cwaniaków z wielkimi fryzurami, a na dodatek jeden z wielkim, wywalonym na zewnątrz jęzorem. Nie mogłem się nadziwić. Takie to było dla mnie egzotyczne. Bo przecież cały ten amerykański rock, który tak bardzo pokochałem będąc licealistą, nie cieszył się nigdy nad Wisłą zbyt wielką popularnością. Moi rodzice nie stanowili tutaj wyjątku. Zapewne była to dla nich po prostu ciekawostka z Ameryki. Wiecie czym wówczas były dla nas te trzy litery – U.S.A.: wolność, swoboda, McDonalds, Coca Cola i papierosy Lucky Strike. Kiedy pierwszy raz, ze szczeniackiej ciekawości, włożyłem Lick It Up do ojcowskiej Unitry, muzyka na nim zawarta nie spodobała mi się. Zbyt intensywna, zbyt ostra. Nie to co ELO, czy The Beatles! Pamiętam jak w pokoju starych, kiedy zostawałem sam (od małego byłem pieprzonym samotnikiem) czytałem groszowe horrory (crapowe czytadła o zmartwychwstałych nazistach i przeklętych mokradłach), a w tle rozbrzmiewała hard rockowa Ameryka… I starałem się te dźwięki zrozumieć. Naprawdę wiedziałem, a może jakiś czort szeptał mi do ucha, że lada dzień przyjdzie czas, kiedy do tego dorosnę. Odkrywałem nowe lądy, nawet jeśli wtedy jeszcze nie wydawały mi się przyjazne. Ale jeszcze jedna rzecz, oprócz jęzora Simmonsa z okładki, wryła się mocno w moja pamięć – potężne brzmienie. Ta płyta naprawdę daje pieruńskiego kopa. Recenzenckie zboczenie nie pozwala mi darować sobie uwagi, że kompaktowa wersja Lick It Up to tylko namiastka tej prawdziwej, wypływającej z samych czeluści Hadesu, mocy. Cyfrowe spłaszczenie nie podziałało in plus, dlatego do dziś słucham tego albumu ze zdartej czarnej płyty. Tak, bo zdążyłem ją zajechać jak starą ladacznicę. Lick It Up pozostaje w ścisłej trójce moich ulubionych albumów Kiss i nie jest to tylko kwestia sentymentu. Czterdzieści minut mocarnego hard rocka z zabójczymi melodiami, niezwykły wigor, precyzja wykonania – Kiss At Their Best!

A teraz czas na tutaj mały szczeniacki melodramat, zatem wyciągnijcie chusteczki: Wiele lat później, bo w 2001 roku, zerwała ze mną dziewczyna. Tak, każdemu się zdarza, prawda? Była to taka pierwsza, powiedzmy, poważna miłość, która nie polegała tylko i wyłącznie na trzymaniu się za rączkę, robieniu słodkich oczek i dukaniu słów, które ponoć powinny w takich sytuacjach padać. To były pierwsze doświadczenia seksualne na dywanie przy gramofonie, pierwsze noce tylko we dwoje, pierwsze wspólne obiadki, pierwsze wielkie plany. Big deal. No i nastąpił breakup, jak to się zwykle dzieje. Normalna sprawa. Lick It Up okazała się najlepszym lekarstwem na gówniarskie łzy. Szczególnie puszczana głośno. Teraz łzy się już nie pojawiają, ale pierwsza bezmaskowa płyta Kiss daje tego samego łupnia, co dwanaście, dwadzieścia i trzydzieści lat temu.

 

Do zobaczenia przy drugiej piątce!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s