Moja muzyczna piętnastka na trzydziestkę. Część 2.

Tworzenie tego typu zestawień nie jest rzeczą prostą. Przede wszystkim trzeba dojść do porozumienia z sobą samym i zdecydować, czy chce się tworzyć listę płyt, które wstrząsnęły muzycznym światem, czy po prostu zestawienie tytułów o pewnym ciężarze sentymentalnym. Szczęśliwie, tak się jakoś złożyło, że moja piętnastka w większości przypadków (o ile nie w każdym) łączy te dwie okoliczności. Początkowo chciałem zrobić przegląd nieco bardziej rozbudowany i wziąć pod uwagę wszystkie najciekawsze, najbardziej rewolucyjne, kontrowersyjne, czy komercyjnie udane muzyczne wydarzenia roku 1983, jednak szybko stwierdziłem, że skoro są to moje urodziny, najlepiej będzie pójść bardziej prywatną ścieżką.

Żeby nie przedłużać…

Ozzy Osbourne – Bark At The Moon

ObrazekKiedy byłem w siódmej, albo ósmej klasie podstawówki, w moim domu pojawiła się kablówka, a wraz z nią takie wspaniałości jak kanał VH1, będący jeszcze wtedy świetną telewizją muzyczną. Odkryć było tam co nie miara, bo stacja owa, stargetowana na osoby z łezką oku wspominające muzyczne lata 60te, 70te i 80te, szczodrze raczyła nas klipami, które teraz oglądać możemy wyłącznie via Youtube. No i był tam Friday Rock Show nieodżałowanego Tommy’ego Vance’a – prawdziwy Disneyland dla młodego i starego fana muzyki rockowej. To właśnie u pana Vance’a po raz pierwszy dane mi było zobaczyć, czym tak naprawdę jest zjawisko zwane Ozzy Osbourne. Bo, umówmy się, by w pełni zrozumieć Ozza nie wystarczy go słuchać – tego szaleńca trzeba zobaczyć w akcji. Oczywiście, z muzyką Księcia Ciemności zetknąłem się nieco wcześniej, około piątej klasy podstawówki, ale przez jakiś czas musiałem sobie tylko wyobrażać jego sceniczne wyczyny. Rzeczywistość, jak się domyślacie, przerosła imaginacje. I właśnie takim moim pierwszym naocznym kontaktem z Ozzym był klip do utworu Bark At The Moon. Czy mogłem zacząć lepiej? Campowy obrazek grozy, wzorowany na produkcjach legendarnej wytwórni Hammer tworzonych masowo na przełomie lat 50tych i 60tych XX wieku, to jedna z najlepszych wizytówek Księcia Ciemności (Jak się domyślacie nie zilustruje on tego tekstu -niedźwiedzczyźnie mówimy nie!).

No dobra, tyle w kwestii wspomnień, ale czym tak naprawdę trzeci solowy album Osbourne’a zasłużył sobie na obecność wśród mojej trzydziestkowej piętnastki? Przede wszystkim jest to pierwszy jego prawdziwy studyjny wypas, coś w rodzaju rockowej superprodukcji licującej z wystawną oprawą graficzną płyty. Utwory, nawet pomimo swojej niezaprzeczalnej czadowości, są mocno wypolerowane, wzbogacone atrakcyjnymi efektami dźwiękowymi, co znów przywołuje atmosferę przyjemnie kiczowatego kina grozy. W porównaniu z poprzednimi albumami, więcej tutaj rozmaitych brzmień klawiszowych, a gitarowa wirtuozeria Jake’a E. Lee, który dzielnie zastąpił tragicznie zmarłego Randy’ego Rhoadsa, to już lata 80te pełną gębą. Może faktycznie dwa pierwsze albumy Ozza były tym prawdziwym uderzeniem, heavy metalowym ciosem, kamieniem milowym rocka, jednak dla mnie esencja stylu Osbourne’a znajduje się właśnie tutaj, na albumie Bark At The Moon. Pasuje mi ten stylowy miszmasz, gdzie heavy metalowe killery sąsiadują z rzewnymi balladami i kompozycjami bardziej rozbudowanymi. Gdyby ktoś zapytał mnie o Ozzy’ego w pigułce, odesłałbym go właśnie do tej płyty, wydanej w moim 1983 roku.

Dio – Holy Diver

ObrazekSą płyty, które za każdym razem uderzają z ta samą mocą i mimo upływu czasu, wciąż wywołują tę samą gęsią skórkę. Holy Diver to przykład albumu, który uderza raz i zostaje z tobą na całe życie.

I doprawdy, nie wnikajmy, co Dio miał na myśli pisząc tekst do utworu tytułowego. Przyjmijmy to na przysłowiową klatę i syćmy się prawie sześcioma minutami najprawdziwszego heavy metalowego hymnu. Tak, moi kochani, Holy Diver – zarówno kompozycja, jak i cały album – to najprawdziwszy pomnik ciężkiego grania, jego manifest, biblia. Nie wyobrażam sobie osoby rozkochanej w rocku, która nie zna tej płyty. Jest to dla mnie taki sam absurd, jak miłośnik piłki nożnej nie mający pojęcia kim są Diego Maradona i Pele.

Moje pierwsze spotkanie z muzyką Małego Wielkiego Człowieka to również ostanie lata podstawówki. Miałem swój ulubiony sklep muzyczny w moim uroczym mieście, który zdechł śmiercią naturalną, tak jak większość tego typu przybytków w dobie hegemonii Internetu. Było to cudowne miejsce, pełne płyt, których nie znałem, prowadzone przez typków, którzy naprawdę mieli jakąś niezwykłą misję wtajemniczania rockowej gównażerii w rzeczy naprawdę warte uwagi. Jakby tego było mało, sklepik był umiejscowiony zaraz obok mojej szkoły, dlatego niemal codziennie po lekcjach, zamiast do domu na obiadek, kierowałem swoje kroki w to dźwiękowe królestwo. Choćby tylko po to, by popatrzeć na okładki i pozadawać setki irytujących pytań  wyjątkowo cierpliwemu sprzedawcy. No i przyszedł w końcu ten dzień, kiedy chciałem sobie kupić kolejną kasetę Black Sabbath. Miałem już w domu kilka ich kanonicznych albumów i kiedy poprosiłem o kolejny z Ozzym (bo jakże to, Black Sabbath bez Ozzy’ego?), długowłosy koleżka pacnął o blat pudełkiem przyozdobionym dziwnym, dość przerażającym malunkiem przedstawiającym grupkę zakapturzonych osobników stojących na jakimś post apokaliptycznym gruzowisku. Był to album Mob Rules z 1981 roku, moi drodzy. Dziś jedna z moich ulubionych płyt Black Sabbath. Posłuchaj tego, tu śpiewa Ronnie James Dio, rzekł sprzedawca tonem zblazowanego mentora. Dio jest lepszy od Ozzyego… Oczywiście, jak raz usłyszysz Dio, nie masz już żadnych wątpliwości. Nigdy więcej.

Holy Diver, pierwszy w pełni solowy album Ronniego J. Dio, był kolejnym i chyba najbardziej oczywistym wyborem. Cholera, to było niemal Biblijne doświadczenie! Pamiętam, jak zarażali się nim moi koledzy. Po kolei. Totalna epidemia wśród młodych padawanów rocka. Tak jest do dziś i będzie tak po kres wszystkich dni!

I, cholera, szkoda wielka, że taki tytan jak Dio – w przeciwieństwie do swojej muzyki – nie okazał się jednak nieśmiertelny.

Rainbow – Bent Out Of Shape

ObrazekŹle się zwykło mówić o tej płycie. A to, że zbyt ciągnie ku muzycznej Ameryce, a to, że Rainbow bez Dio to już nie to (chociaż Dio nie było w tym zespole już od pięciu lat), a to, że znów ten nieznośnie stadionowy Joe Lynn Turner… A ja zawsze Bent Out Of Shape broniłem i nie zanosi się, by ta sytuacja miała ulec zmianie. Dlaczego? Bo to jest po prostu wyborny album, idealnie wpasowany w swoje czasy, a na dodatek wypełniony bardzo dobrymi kompozycjami. Co z tego, że Blackmore’owi odechciało się być tak bardzo hard i postanowił zwrócić się w stronę ładnych melodii i wygładzonych brzmień? Przecież parł już w tym kierunku mniej więcej od 1979 roku, zatem dla nikogo nie powinno być to zaskoczeniem. O co zatem chodzi? Do dziś nie wiem. Dla mnie jedynym zastrzeżeniem może być fakt, że był to ostatni album Rainbow aż do 1995 roku (choć przecież w międzyczasie mieliśmy Deep Purple z Ritchiem na pokładzie). Z resztą, spójrzmy prawdzie w oczy, zadziornych gitar tu nie brakuje.

Dla mnie Bent Out Of Shape to nie tylko zamknięcie tęczowej historii na ładne dwanaście lat, ale także wspaniałe muzyczne podsumowanie Turnerowskiej epoki. Zawsze miałem słabość do tej jego ultramelodyjności, a tutaj serwują jej prawdziwą obfitość. Nie jest przypadkiem, że to właśnie Bent…, obok kanonicznej Rising, kręci się w moim odtwarzaczu najczęściej. Spróbujcie nie polubić Can’t Let You Go, czy Street Of Dreams, no dalej! Spróbujcie nie rozmarzyć się przy instrumentalnym Snowmanie, albo nie przytupnąć nogą przy Fire Dance, czy Fool For The Night. No, wyzywam was. Lojalnie uprzedzam, z naturą nie wygracie!

Blue Oyster Cult – The Revolution By Night

ObrazekO Blue Oyster Cult powstanie tutaj osobny, cholernie długi, artykuł – tego możecie być pewni. Od kiedy, dawno, dawno temu, oglądając VH1 (oczywiście!), natknąłem się na teledysk do utworu Astronomy, ten zespół stał się dla mnie czymś magicznym, jakąś tajemniczą formacją, której muzykę koniecznie musiałem poznać. Od pierwszych, do ostatnich nut. Tak też się stało. W przeciągu kilku lat udało mi się zebrać całą ich dyskografię, obejrzeć wszystkie dostępne koncerty, zgromadzić mnogość bootlegów, a nawet przymierzyć się do stworzenia pierwszej polskiej strony poświęconej w całości tylko BOC. Rozpatruję to w kategoriach jakiegoś muzycznego opętania, obsesji. Bo, widzicie, w tym zespole jest coś, co stawia go na pograniczu między konwencjonalnością, a  totalnym odlotem. Co więcej, oni od prawie pięćdziesięciu lat z powodzeniem balansują na tej krawędzi i ani myślą o muzycznej radykalizacji. Z jednej strony jest to bardzo przystępny, pięknie zagrany hard rock, a z drugiej muzyka dziwna, niesamowita. Porównałbym ją do prac Richarda Corbena (zguglajcie je sobie) i dzieł Lovecrafta przeniesionych wprost w rzeczywistość amerykańskich lat 70tych i 80tych. To wrażenie potęgują teksty, w których rockowa konwencja z niezwykłą wirtuozerią splata się z wątkami paranormalnymi, mitologicznymi, etc. Jeśli tekst opowiada o bandzie motocyklistów, to koniecznie znaleźć się oni muszą w dziwnym post apokaliptycznym świecie, bądź jakiejś pokręconej, alternatywnej rzeczywistości. Jeśli jest to miłość, to albo zakochany jest seryjnym mordercą lub wampirem, albo ukochana jest bytem niematerialnym. Poza tym, zawsze sporo w ich utworach kosmosu i wątków ufologicznych przywołanych bez popadania w heavymetalową sztampę.

Revolution By Night ukazała się dwa lata po bardzo wysoko ocenianej i wspaniale sprzedającej się Fire Of Unknown Origin, jednak jej odbiór nie był już tak euforyczny. Sposób na muzykę niby się nie zmienił, bo wciąż było w niej wszystko to, o czym pisałem w poprzednim akapicie, jednak większy był nacisk na bycie up to date. Nie na darmo podziękowano za współpracę legendarnemu Martinowi Birchowi – odpowiedzialnemu za brzmienie najsłynniejszych albumów Deep Purple i Black Sabbath – i zatrudniono 80’sowego czarodzieja konsolety, Bruce’a Fairbraina, który rychło zajął się również albumami młodziaków z Bon Jovi. Nie doszukiwałbym się w tym jednak grzechu. BOC nie byli grupą pacanów, a doświadczonymi muzykami z ogromnym stażem, którzy potrafili zachować tę swoją niesamowitość, a zarazem wejść obiema nogami w zupełnie nowy nurt. Dlatego właśnie uwielbiam album Fire Of Unknown Origin, bo kto wie, czy dzięki tym wszystkim unowocześniającym zabiegom, nie zyskał jeszcze na niesamowitości.

Journey – Frontiers

ObrazekPamiętacie ten klip z piątką śmiesznych koleżków, którzy udają, że grają na niewidzialnych instrumentach? Tak, to właśnie Journey. Kolejna wielka amerykańska nazwa podpatrzona u Tommy’ego Vance’a (Rock On, stary, gdziekolwiek jesteś!). U nas, ze względu na uwarunkowania geopolityczne i idące za nimi nastroje społeczne, takie granie nigdy się nie przyjęło. A szkoda. Przecież to taka piękna muzyka!

Skład Journey z albumu Frontiers to przykład maszyny idealnej, stworzonej z niezawodnie współdziałających elementów, której praca to perfekcja absolutna. Mamy tutaj przede wszystkim Neala Schona, archetyp gitarowego wirtuoza i Steve’a Perry’ego, którego głos dla większości wokalistów wciąż jest ideałem niedoścignionym. Perkusista Steve Smith jest jednym z tych zawodowców, którzy po dziś dzień zachwycają kolejne pokolenia garkotłuków, a basista Ross Valory i klawiszowiec Jonathan Cain to też fachury pierwszej próby. Dodajmy do tego umiejętność komponowania wspaniałych utworów, często z celownikiem ustawionym na ówczesne (lepsze) listy przebojów i mamy Journey at their best. Ci kolesie wyjątkowo bezboleśnie łączyli stadionowe, komercyjne granie z rzeczami bardziej ambitnymi, zmierzającymi wprost do hard rocka, a nawet rocka progresywnego. Robili to na tyle bezboleśnie, że te przeskoki były właściwie nieodczuwalne. Słuchacz obcujący z ich albumami, przyjmował je jako całość, zachwycając się dosłownie każdą sekundą. To jest, cholera, prawdziwe mistrzostwo.

Frontiers to ostatnia genialna płyta tych zdolnych Kalifornijczyków, bo następne były już tylko bardzo dobre, bądź po prostu dobre. Mamy tutaj kilka ich największych przebojów, a zaraz obok rzeczy odważne, muzycznie pokomplikowane – wirtuozerskie – a  jednak wciąż zaskakująco przystępne. Magia, po prostu magia. Rzecz ponadczasowa i ideał dla większości nieosiągalny.

Aha, warto pokusić się o edycją remasterowaną, przygotowaną przez Legacy Recordings / Sony Music. Nie dość, że brzmi wręcz krystalicznie, to jeszcze zawiera kilka rewelacyjnych bonusów, w tym hitowy Only The Young.

Ponadto:

Def_Leppard_-_PyromaniaDef Leppard – Pyromania

Pierwszy dojrzały album tej rewelacji brytyjskiego hard rocka. Zdecydowanie nie jest to już pozbawiony finezji przedstawiciel Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu, ale pełna wspaniałych kompozycji, wzorcowo wyprodukowana płyta. Wizjonerski producent Mutt Lange, idealnie wypośrodkował tutaj rock and rollowy czad z krystaliczną, pełną niuansów produkcją studyjną. Można powiedzieć, że Pyromania to pierwsza z serii superprodukcji Def Leppard, które były swoistym przeniesieniem hollywoodzkiego rozmachu na czarny winyl. Zawsze było nam bliżej do Duran Duran niż do Black Sabbath, powiedział w jednym z wywiadów Phil Collen. I dobrze.

thunder-lightThin Lizzy Thunder And Lightning

Z młodym i witalnym Johnem Sykesem na pokładzie, zespół Thin Lizzy jeszcze śmielej skierował się w heavy metalowe rejony. Był to jednak heavy metal najwyższej próby, wspaniale wzmocniony efektownymi melodiami, brawurowym wykonaniem i nienaganną produkcją. Aż dziw, że Thunder And Lightning okazał się ostatnim albumem tej irlandzkiej legendy rocka. Tyle tu nowej energii, świeżości. Szczerze mówiąc, w 1983 roku grupa Phila Lynotta nie brzmiała jak banda weteranów, ale młodzi – gniewni, gotowi podbijac muzyczny świat… Niestety, czas pokazał, że stało się zupełnie inaczej.

Motley-Crue-Shout-At-The-Devil-OriginalMotley Crue – Shout At The Devil

Za to Motley Crue w 1983 roku był gangiem młokosów, którzy z podziwu godną butą pięli się coraz wyżej po drabinie sławy. Po zabawnym w swej nieporadności, ale rozbrajająco szczerym albumie Too Fast For Love, chłopcy nabrali wykonawczej oraz kompozytorskiej krzepy i zaprezentowali światu bardziej dopieszczony i przemyślany Shout At The Devil. Tutaj nie było już miejsca na studyjne niedoróbki, a jednak muzyka Kalifornijczyków nie straciła ani trochę ze swej zadziorności. Ba, lepsza robota przy konsolecie zaowocowała kompozycjami, które wreszcie zabrzmiały ostro i naprawdę heavy. Po Shout At The Devil zespół Motley Crue stał się siłą, której nic nie mogło już zatrzymać.

90125Yes – 90125

Yes skrojone na miarę dla widzów MTV? Być może, ale w pierwszej połowie lat 80tych nie było w tym stwierdzeniu nic, co mogłoby wprawiać w zażenowanie. Album 90125 był pożegnaniem tych gigantów rocka progresywnego z długimi, rozbudowanymi formami. Zamiast tego, słuchacze dostali zestaw zgrabnych kompozycji, które nie były całkowicie pozbawione elementów progresji, ale bliżej im było do ambitnego pop rocka.  Singlowy Owner Of A Lonely Heart stał się niebywałym radiowym sukcesem, a  sama płyta do dziś ląduje w rozmaitych zestawieniach najlepszych albumów lat 80tych. No cóż, mimo ukłonu w stronę szerszej publiczności, technika, precyzja i kompozytorski kunszt pozostały niezmienne.

AcdadaAlice Cooper – DaDa

Dziwny to album. Zapewne najdziwniejszy w niniejszym zestawieniu. W 1983 roku Alice Cooper postanowił najwyraźniej zakończyć swoje muzyczne poszukiwania, które zainicjował nagranym w 1980 roku, nowofalowo – punkującym albumem Flush The Fashion. W tym celu ponownie zjednoczył siły z legendarnym producentem Bobem Ezrinem, który w latach 70tych pomagał mu w tworzeniu jego najsłynniejszych albumów. Wyszedł z tego, jak już wspominałem, dość osobliwy, choć cholernie interesujący twór. Dada tkwi jeszcze jedną nogą w nieco schizofrenicznych rejonach, eksplorowanych przez Coopera na początku ósmej dekady, ale zdradza już ciągoty arena rockowe. Kompozycje, przez obecność Ezrina, są bogato zaaranżowane, melodie ciekawsze. Jest to jednak mroczny album. Nawet jeśli pojawiają się weselsze nuty, zawsze towarzyszą im dość przerażające, bądź boleśnie ironiczne teksty…   Dada była autoterapią, którą zafundował sobie Cooper. Sukcesu komercyjnego mu to nie zapewniło, ale artystyczny – jak najbardziej.

Stay tuned!  

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s