Geekoza porównawcza: dwie legendy w nowych szatach

Ktoś kiedyś powiedział, że w życiu nic nie jest stałe, prócz zmian. Ma to wiele wspólnego z Popkulturalnym, a także jest sednem dzisiejszego artykułu. Co się zmieni w tym moim miejscu, przez które od listopada wiatr jeno przetaczał tumany kurzu? Cóż, myślę, że w związku z natężeniem mojej działalności czysto komercyjnej, zaistniała potrzeba generowania krótszych, a zarazem konkretniejszych treści. Chodzi o to, by Popkulturalny nie umarł wszystek, a czytelnicy byli zadowoleni. Uczciwe, prawda? Czyli, że co, zaczyna się panowanie rankingów, TOP 10 najlepszych (wpisz co chcesz) i filmików z jutjuba opatrzonych jednozdaniowymi komentarzami, a wszystko to w imię ruchu – byle coś się działo?  Bogowie brońcie! Bez obaw, nie pozwolę sobie na kichę. Nie tutaj. Nigdzie.

No dobra, ale przejdźmy do sedna sprawy. Na mojej półce z komiksami pojawiły się ostatnio dwa duble i to nie byle jakie, bo obydwa należą do ścisłego komiksowego kanonu. Jako że pierwotnie wydane zostały ponad 20 lat temu, nie ominęło ich spotkanie z teraźniejszością i wszelkimi dobrodziejstwami, jakie ona z sobą niesie. Myślę, że moment jest doskonały, by pobawić się w geekowską komparatystykę.

 Obiekt nr 1.

Zabójczy żart

Scenariusz: Alan Moore, rysunki: Brian Bolland   (Tm-Semic 1991 – Egmont 2012 / 2014 – dodruk)

Brian Bolland & Alan Moore. Alan Moore & Brian Bolland. Kiedy spotykają się dwaj geniusze, dzieją się cuda. Nie tylko w moim prywatnym rankingu, Killing Joke jest jedną z najlepszych komiksowych historii, jakie kiedykolwiek zostały napisane i narysowane. To arcydzieło, stojące w jednej linii z Watchmen spółki Moore/Gibbons i Powrotem Mrocznego Rycerza Franka Millera, ukazało się pierwotnie w Stanach Zjednoczonych  w 1988 roku. Komiks bardzo szybko zyskał miano kultowego, gdyż niepokoił i skłaniał do doszukiwania się interpretacji. Powstawać zaczęły artykuły, a później, w dobie internetu, blogi na jego temat. Tim Burton kręcąc swojego pierwszego Batmana, mocno inspirował się dziełem Moore’a i Bollanda (stąd słynna akcja w zakładach chemicznych i geneza Jokera), a Christopher Nolan, zabierając się za scenariusz do Mrocznego Rycerza, miał w zamyśle rzecz bliską ekranizacji tego legendarnego zeszytu (oj, szkoda, że tak się nie stało). Zabójczy żart to najlepsze, co mogło spotkać serię o Nietoperzu. Klimat nigdy wcześniej nie był tak przygnębiający (i rzadko później), szaleństwo tak namacalne, a brutalność tak dojmująca. Joker nigdy przedtem nie był tak szalony. Batman zresztą też… Killing Joke jest właściwie ciągiem oscarowych scen (początek, finał, scena z okaleczeniem Barbary Gordon, itd.), legendarnych kwestii (słynny dowcip o dwóch szaleńcach…), mistrzowskich ujęć… I tutaj warto sie na moment zatrzymać. Zwróćcie uwagę na to, w jaki sposób Bolland przedstawia mimikę bohaterów, ich reakcje, gniew, przerażenie, obłęd. Zatrzymajcie się na moment na detalach, takich jak bezustannie padający deszcz, postaci w tle, czy przedmioty. Przestudiujcie wszelkie niuanse graficzne, wychwyćcie ich powiązanie z akcją, a pojmiecie maestrię tego komiksu.

Zabójczy żart 2

Zabójczy żart to dość krótka historia, bo zaledwie 46 stronicowa, jednak nie o długość tutaj chodzi, nie o godziny spędzone na lekturze, a raczej o możliwość kontemplacji dzieła, sycenia się nim, podziwiania. Ja wciąż tam wracam – do Gotham, do tego upiornego Tivoli, do mieszkania Jima Gordona, które stało się miejscem upiornej zbrodni, do zapyziałej nory, w której mieszkał Joker, zanim jeszcze… No dobrze, resztę zostawiam wam. Napawajcie się komiksem, który można nazwać sztuką, niech wam się włosy zjeżą na głowach, a mrówki wielkości słoni niech biegają po waszych plecach. Wciąż marzy mi się ekranizacja (David Fincher, David Cronenberg, Guillermo Del Toro – do dzieła, panowie!), która musiałaby być przecież „rated R”. Doskonała opowieść o namacalnym szaleństwie. Pomyśleć, że po raz pierwszy zetknąłem się z nią 23 lata temu (WHAT!?!). Tak, to był koniec dzieciństwa. Wraz z kulą wystrzeloną przez Jokera w stronę Barbary Gordon, mój młody umysł został zbrukany raz na zawsze.

bat2

 

No i dopełniło się! Do starego, Tm-Semicowego wydania Zabójczego żartu, dołączyło to najnowsze, od Egmontu – absolutnie świeżutkie, odrestaurowane, wzmocnione. Czy są jakieś różnice? A pewnie! Poza twardą oprawą i kredowym papierem, nowa edycja to poprawione kolory (przez samego Briana Bollanda, zatem nie ma mowy o świętokradztwie), więcej szczegółów w rysunkach (niektóre znacznie apgrejdowane przez artystę), przedmowa autorstwa Tima Sale’a (ten od, m.in.: Batman: Long Halloween i Spider Man: Blue), posłowie Bollanda, dodatkowa historia Briana Bollanda o chłopaczku w typie Marka Chapmana, który dla fejmu chce ustrzelić Mrocznego Rycerza (ten short wyszedł już kiedyś u nas przy okazji Batman: Black & White, ale tym razem jest w kolorze), galeria szkiców i biogramy twórców.

Zabójczy żart 1

Patrząc przez metapopkulturalny pryzmat, nowe wydanie Zabójczego żartu przywodzi mi na myśl casus płyt zespołu The Doors,  w 2007 roku na nowo przepuszczonych przez studyjną maszynerię, która zrobiła z nimi dokładnie to, co muzycy mieli w zamyśle 40 lat temu, a co, z różnych przyczyn, nie zostało wtedy wprowadzone w życie. Powstała tym samym rzecz wielce kontrowersyjna, gdyż – poza oczywistymi kwestiami, takimi jak znacznie poprawiona jakość brzmienia – doszły takie ingerencje w legendarne kompozycje, jak dodanie, bądź ujęcie niektórych partii instrumentów, pojawienie się smaczków, których w pierwszych wersjach nie było, czy nawet wyregulowanie prędkości poszczególnych kawałków (zwłaszcza na pierwszym albumie). Niektórzy wznosili pięści ku niebiosom, bo przecież oryginał to świętość nienaruszalna, inni poczuli się usatysfakcjonowani, gdyż zrozumieli, że wreszcie stała się sprawiedliwość i wszystkie te legendarne kompozycje zyskały blask, którym lśnić miały od samego początku. Jasne, zazwyczaj jestem totalną konserwą i murem stoję za tym, co wpierwej powstało, natomiast do odświeżonych albumów The Doors, jak i Zabójczego żartu, mam stosunek, nazwijmy to, entuzjastycznie-progresywny. Cieszę się, że wzięto je znów na tapetę i zrobiono, co należy.

Ilustracje porównujące różnice między wydaniami Killing Joke, zaczerpnąłem z serwisu Batcave – obowiązkowej przystani dla wszystkich polskich fanów Mrocznego Rycerza.

 Obiekt nr 2.

Broń X

Scenariusz i rysunki: Barry Windsor-Smith (Tm-Semic 1994 – Hachette 2014)

Weapon X

Dzięki wydawnictwu Hachette, które od ponad roku wydaje u nas Wielką Kolekcję Komiksów Marvela (pisałem o niej w tym tekście), możemy się dziś radować nowym wydaniem innej komiksowej legendy. Mowa o Weapon X Barry’ego Windsora-Smitha, czyli 124 stronach martyrologii Logana. Duszne, przytłaczające i krwawe to dzieło. To tutaj właśnie poznajemy kulisy, w żadnym wypadku nie dobrowolnej, przemiany mutanta znanego, jako Wolverine w superżołnierza. W Broń X. Windsor-Smith w skrajnie bezwzględny sposób skazał nas na dzielenie z Loganem całego jego bólu. Cierpimy psychicznie i niemalże fizycznie, przechodząc przez wszystkie te potworne eksperymenty, tułając się po korytarzach tajnego wojskowego laboratorium, błądząc po otumanionym umyśle Rosomaka, a później nago wychodząc w oślepiającą biel śniegu i przenikliwy mróz. Obserwujemy przemianę człowieka w zwierzę, a następnie trudny powrót do człowieczeństwa. Poznajemy samotność, strach, wściekłość, żądzę zemsty, a w końcu smak krwi… Po lekturze pęka łeb, buzują emocje i koniecznie trzeba sięgnąć po szklaneczkę whiskey.

Windsor-Smithowi udała się rzecz niebywała – jego kameralna historia, mimo że toczy się właściwie tylko w jednym obiekcie wojskowym, wciąga bardziej niż niejedna zawalona akcją superbohaterska naparzanka. Mało tego, brytyjski autor potraktował historię Logana na tyle poważnie, że Weapon X momentami niebezpiecznie oddala się od podobnych jej opowieści, stając się prawdziwym dramatem, a później niemal horrorem. Arcydzieło.

 

wolvie4-horz

A teraz spójrzmy na powyższe zdjęcie oraz na ilustrację obok – po lewej mamy remaster, po prawej zeszyt sprzed 20 lat (równiusieńko). Przygaszona kolorystyka pierwotnego wydania, spowodowana była kwestiami oszczędnościowymi (Marvel borykał się wówczas ze sporymi problemami finansowymi), a także ówczesną technologią, która stała na znacznie niższym poziomie niż teraz. Trzeba jednak przyznać, że ta surowizna znakomicie korespondowała z mroczną i brutalną treścią komiksu. Nowa edycja to kolorystyczny full-wypas z pełnymi barwami, dokładnie wypełnionymi miejscami, dokładniejszym cieniowaniem. Przepiękne rysunki Barry’ego Windsora-Smitha sprawdzały się doskonale na tradycyjnym papierze, dlatego ktoś mógłby rzec, że kredówka okradła je z klimatu. W samą grafikę w żaden sposób nie ingerowano. W przeciwieństwie do Bollanda, Windsor-Smith nie zamierzał poprawiać swojego dzieła, dlatego nowe szaty Broni X to tylko papier i kolor. Czy wyszło to na dobre dziełu? Cóż, na pewno go nie spieprzyło. Zdążyłem przywyknąć do oryginału, dlatego wersja odświeżona jest dla mnie ciekawostką, uzupełnieniem tego, co już miałem na półce, niezbędną pozycją w kolekcji. Poza tym, jest to rzecz przygotowana naprawdę starannie – twarda oprawa, atrakcyjne dodatki. No i argument koronny – Tm-Semicowski Mega Marvel ma już 20 lat i dostępny jest już tylko via Allegro za spore pieniądze! Dlatego, jeśli jeszcze nie masz w swojej kolekcji Weapon X, a uważasz się za entuzjastę sztuki komiksowej, zaopatrz się w to, co dla nas wydawnictwo Hachette przygotowało, bo zrobiło to naprawdę elegancko. Jak zwykle z resztą. Bonusowo można sobie obejrzeć galerię oryginalnych okładek, portret Logana autorstwa mistrza BWS i poczytać dłuższą notę biograficzną autora. Klasyka. Monument.

wolvie2-horz

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s