Inwazja z Bono-planety

Wtorek, wieczór. Wracam z pracy, przygotowuję sobie przepyszną kawę, odpalam komputer, siadam wygodnie przy biurku. Poczta, facebook… Scroll, scroll, scroll… Zaraz, chwila! Szybki Scroll back, bo wydaje mi się, że mignęła mi informacja, która po prostu nie może być prawdziwa. O, jest! A jednak! U2… Zaraz, muszę tylko zetrzeć kawę, którą właśnie spryskałem ekran monitora. No, to U2… dziś, we wtorek, 9 września roku 2014, wydaje nowy album, który dostępny jest (nie BĘDZIE, a jest!) zupełnie za darmo. Te bezczelne irlandzkie sukinkoty!, wyrywa się z moich ust. Przez okrągły rok zwodzili, przekładali, a nawet poddawali pod wątpliwość wydanie nowej płyty, a tu nagle wyskakują z nią jak… David Bowie w roku ubiegłym. I to jeszcze zupełnie za free! Oczywiście, dla użytkowników iTunes only. Znamienite. Wybuch internetowej euforii jest natychmiastowy. Gdzież tam napięcie na wschodzie Europy, gdzież tam nowe doniesienia na temat ekspansji wirusa Ebola, pieprzyć celebgate – U2 wracają z nowym albumem.

U2 - band

Z pierwszych opinii, które natychmiast zalały Jedyny Portal Społecznościowy pana Cukierasa (by courtesy of Wojciech Orliński) oraz rozmaite strony muzyce poświęcone, wysnuć można konstatację, że niezwykłe jest parcie na jazdę po nowym U2. Jedni jadą, bo tak, bo fajnie się łaja wielkie marki, a drudzy, dlatego, że od wielkich marek wymaga się naprawdę wielkich rzeczy. Rozumiem obie pobudki. Serio. Nawet, jeśli ta pierwsza jest po prostu durna. U2 zbiera jednak wyjątkowo dużo razów. Z jednej strony atakują ci, którzy utworzyli przedziwny ruch oporu, jakbyśmy właśnie do czynienia mieli z jakąś inwazją z Bono-planety, drudzy psioczą, gdyż spodziewali się najwyraźniej drugiego Achtung Baby, a z jeszcze innej strony uśmiechają się tacy jak ja, którzy przyjmują Songs Of Innocence z całym dobrodziejstwem inwentarza. No, może nie od razu… Bo, widzicie mili państwo, to jest bardzo dobry album, trzeba mu tylko dać czas.

Zeszłoroczny singiel Ordinary Love, który towarzyszył filmowej biografii Nelsona Mandeli, nastawił mnie bardzo optymistycznie do nowości ze strony U2. Iskra wróciła, pomyślałem sobie. Nowa piosenka Irlandczyków wywołała same pozytywne reakcje, nominowano ją nawet do Oscara, jednak z zupełnie niezrozumiałych przyczyn, przegrała z jakimś rzewnym bełtem ilustrującym disneyowską animację. Niedługo po Ordinary Love usłyszeliśmy ich kolejny singiel – Invisible. Nie była to już kompozycja tak rewelacyjna, być może zabrakło tej błyskotliwości, tego młodzieńczego wręcz wigoru, jednak w żadnym wypadku nie dało jej się określić mianem nieudanej. Ot, przyzwoity utwór, jakich U2 na ostatnich trzech albumach kilka już mieli.

U2 - coverNo i w końcu przyszedł ten wtorek 9 września 2014 roku. Album Songs Of Innocence, bo taki tytuł nosi nowe dzieło U2, otrzymała w prezencie większość cywilizowanego świata. Nawet ci, którzy nie chcieli. Rzecz jest bardzo prosta – masz iPhone’a, jesteś użytkownikiem iTunes, a nowa pyta U2 automatycznie pojawia się w twojej bibliotece. Puff i jest! Cudownie! W środowisku od jakiegoś czasu krąży taki kawał: jaka jest różnica między Bono i Bogiem? Bóg nie przechadza się ulicami Dublina uważając, że jest Bono. Czujecie analogię? Zaowocowało to czymś, co nazywam ruchem „delete Bono and his chunks”. No cóż, przyznać trzeba, że panowie zrobili dużą i śmiałą rzecz. Wprawdzie dali światu swoją płytę za friko, ale weszli zarazem z buciorami do naszych bibliotek, czy tego chcieliśmy, czy nie. Ja, jak doskonale wiecie, jestem uradowany, ale jak wiemy, napór powoduje odpór… Szczególnie, jeśli nie jesteś fanem U2.

No, ale dość tych zgryźliwości, czas zająć się rzeczą najważniejszą, czyli muzyką.

Przesłuchanie pierwszej połowy Songs Of Innocence pozostawiło mnie z dość ambiwalentnymi uczuciami. Ok, niby wszystko jest na miejscu, niby dźwięki układają się jak należy, ale erupcji nie stwierdzono. Wtedy nastąpiła druga połowa albumu, a w końcu utwór Raised By Wolves, który śmiało mógłby znaleźć się jednym z trzech pierwszych krążków U2. Poważnie, to jest właśnie ta iskra. Intensywny rytm, szarpane riffy Edge’a, gniewny refren, świetna melodia, jakieś osobliwe efekty dźwiękowe. Ba, te ascetyczne, ale niezwykle przestrzenne, partie klawiszy odsyłają nas wprost do roku 1983 i kanonicznego albumu War. Cudowny utwór. Właśnie po Raised… nad moją głową zapaliła się pierwsza czerwona lampka. Uwaga! Słuchaj uważnie, bo dzieją się naprawdę ciekawe rzeczy! No bo przecież uzbrojony w ciężki, surowy riff, senne zwrotki i antemiczny refren, utwór Cedarwood Road jest właśnie tym, za co U2 lubimy, prawda? Sleep Like A Baby… to rzecz jeszcze lepsza. Odhumanizowany, syntezatorowy podkład, kontrastujący z rozmarzonymi wokalizami Bono, ciężkie, acz sporadyczne wejścia gitary Edge’a plus refren, który od wtorku nie daje mi spokoju, tworzą niepowtarzalny klimat. Upbeatowa, lekko punkująca piosenka This Is Where You Can Reach Me Now to też pierwsza liga. No, niech ktoś powie, że jest inaczej, wyzywam was! The Troubles to spokojne zamknięcie tego całkiem udanego albumu. Kawałek idealny na napisy końcowe. Świetnie wypadł tutaj duet Bono ze szwedzką wokalistką Lykke Li.

U2 - BonoGodPo tym, jakby to nazwać, olśnieniu, wróciłem pędzikiem do pierwszej części albumu – tej, która nie zapaliła jeszcze żadnej lampki nad moją głową. Faktycznie, pierwsze pięć utworów płyty to zestaw kompozycji, które określiłbym jako bezpieczne. Otwieracz, czyli The Miracle (Of Joey Ramone) to przecież U2, jakie znamy od trzech ostatnich albumów. Jest miło, ale nihil novi. Every Breaking Wave to taki solidny radiowiec, który chyba zbyt szybko wypada z głowy, natomiast California (There Is No End Of Love) może porwać żwawym rytmem i melodyjnym refrenem. Typowałbym ten utwór na singiel. Song For Someone i Isis to przeciętniaki – rzeczy, które nie zaskoczyłyby mnie na przereklamowanym All That You Can’t Leave Behind. No, ale już Volcano,  z tym wysuniętym do przodu brzmieniem basu Adama Claytona, przynosi sporą dawkę świeżości.

Panie i Panowie… Jedenaście utworów, żadnej ewidentnej fuszerki, trzy kompozycje przeciętne i osiem bardzo dobrych, a nawet rewelacyjnych, to chyba solidny wynik, prawda?

To jest naprawdę przyzwoity album. Myślę, że do czynienia mamy z najrówniejszą rzeczą wygenerowaną przez U2 od czasu wspaniałego albumu Pop z 1997 roku. Nie lepsza, nie na tym samym poziomie kreatywności, ale po prostu najrówniejsza. Bono, The Edge, Clayton i Mullen są na tym etapie swojej kariery, kiedy nie muszą już niczego udowadniać. Cholera, oni już nawet nie muszą nagrywać. Mimo to, nie dalej, jak wczoraj, nasz ukochany Bono zapowiedział nowy album. Uwaga hejterzy, czas wystąpić o azyl w Knowhere. Tam chyba jeszcze o U2 nie słyszeli. No, chyba, że Tony Stark… OK, to jest temat na zupełnie inny artykuł.

Tymczasem ja się cieszę (no, spójrzcie, jak się cieszę) i czekam na Songs Of Innocence na fizycznym nośniku. Srebrny krążek pojawi się w sklepach w październiku. Po cichu liczę na jakiś bonus dla tych, którzy mimo internetowej darmochy zechcą wydać ciężko zarobione kilkadziesiąt zeta. Taki gift nam się po prostu należy! No, a później Songs Of Experience. Chyba, że nas Bono znów zwodzi. Czy oni się z tym Bowiem jakoś zmówili?

U2 - video

 

 

 

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Inwazja z Bono-planety

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s