Dyskretny urok gangsterki

Lata 20. i 30. w USA, czas niezwykłego boomu gospodarczego, a później nagłego kryzysu, który położył na łopatki nie tylko kraj Wuja Sama, ale większość ówczesnego świata. To właśnie na początku drugiej dekady w najpełniejszym stopniu realizował się, tak zwany, amerykański sen, w którym słynne powiedzenie od zera do milionera, nie było tylko uroczą rymowanką. Wielkie kariery przemysłowców, którzy zaczynali od jednej wykałaczki, a kończyli na potężnych kompleksach fabrycznych z setkami pracowników, sukcesy magnatów prasowych, eksplozja kinematografii, ale też niewyobrażalne kariery członków przestępczego półświatka i gwałtownie rozkwitające mafijne imperia. Niedorzeczny okres prohibicji, który wzmógł tylko nielegalną dystrybucję alkoholu, korupcję i wojny gangów, a wielu rodzinom mafijnym pozwolił zbić niewyobrażalne fortuny (czy oni tego naprawdę nie przewidzieli?). Rodzinne gangi włoskie, irlandzkie, czy żydowskie dzieliły między sobą amerykańskie miasta. Kiedy zawodziła dyplomacja, która rozumieć należy raczej, jako przepływ dolarów w kopertach, spory rozwiązywano bardzo krwawo.

W latach 20. zeszłego stulecia, działalność gangsterów stała się tematem publikacji prasowych, mówiło się o nich w radiu, powstawały o nich książki, przez co, dla młodych ludzi, stawali się oni często bohaterami. Oczywiście, przestępczość zorganizowana istniała już dużo wcześniej, ale  dopiero w XX wieku okazała się obiektem szerokiego zainteresowania. Sława międzywojennych mobsterów nie słabnie do dziś. Niezliczona jest ilość tworów popkultury umiejscowionych w tamtym okresie, zdecydowanie zbyt duża, by je w tej chwili wymieniać. W każdym razie, moda na gangsterkę w fedorze tak naprawdę nigdy nie minęła, czego dowodem jest chociażby emitowany właśnie na HBO piąty już sezon doskonałego serialu Boardwalk Empire (u nas Zakazane Imperium, choć boardwalk to tak naprawdę deptak, a precyzyjniej – drewniany pomost, budowany w Stanach nad brzegiem morza).

Boardwalk-Empire 1

Imperium Thompsona

Ten niezwykły serial, stworzony przez scenarzystę Terence’a Wintera, który wcześniej odpowiedzialny był za sagę o rodzinie Soprano, jest dla mnie najpełniejszą jak dotąd wizją tego zderzenia polityki, bezprawia i sytuacji społecznej tamtych czasów. Tak, mówię poważnie. Mimo dziesiątek filmów gangsterskich osadzonych w drugim i trzecim dziesięcioleciu XX wieku, obrazków, przy których palce maczały takie legendy jak Sergio Leone, Michael Cimino, czy Francis Ford Coppola, to właśnie Winter (z pomocą Martina Scorsese, a jakże), najpełniej oddał klimat panujący w tamtej epoce. Facet stworzył serię dosadną w swej brutalności, pieczołowitą w odwzorowaniu realiów, w jakich rzecz się dzieje i niezwykle pochłaniającą uwagę. Kolejne odcinki pożerałem i pożerał będę, jeden po drugim, jak amerykański glina donutsy. Steve Buscemi, który wciela się w rolę Enocha Nuckiego Thompsona, skorumpowanego polityka, którego okoliczności zmuszają do stania się gangsterem z krwi i kości (legendarna już kwestia You can’t be a half gangster), osiągnął w Boardwalk Empire swój aktorski zenit. Ale przecież Zakazane Imperium (no dobra, niech będzie, żeby się zbytnio nie powtarzać) to cała galeria barwnych postaci. Mamy tutaj szarżującego Stephena Grahama w jednej z najlepszych wersji Ala Capone’a w historii kinematografii, dalej jest Michael Shannon wspaniale odgrywający rolę złamanego agenta Nelsona Van Aldena. W trzecim sezonie grozę sieje Bobby Canavalle jako psychopatyczny gangster Gyp Rosetti. A to tylko cztery nazwiska.

Boardwalk season 5Boardwalk Empire to gangsterski świat widziany z najwyższego piętra, z samego szczytu mobsterskiej drabiny. Daje nam to przerażającą rozkosz obserwowania, jak obsesyjna żądza posiadania władzy odmienia cały świat bohaterów i wszystko, co znajduje się w zasięgu ich działań. Terence Winter wyraźnie pokazuje, że zło wsparte przez potężny kapitał i bezwzględnych ludzi jest jak kamień rzucony w spokojną wodę – zatacza coraz szersze kręgi, wzbudza fale, które wędrują dalej i dalej…

Bo, widzicie, dziś rozmawiać będziemy (to znaczy, ja będę pisał, a wy będziecie czytać) na temat  legendarnej gangsterski lat 20. i 30. zeszłego stulecia, biorąc pod uwagę wszystko, na czym opiera się ten blog, a zatem film, muzykę, komiks, literaturę, a nawet gry komputerowe. Pretekstem jest oczywiście premiera trzeciego sezonu Boardwalk Empire, ale w żadnym wypadku nie chcę poświęcać całości artykułu temu jednemu tytułowi.

Skoro, zatem, byliśmy już na samym przestępczym szczycie, zejdźmy na sam dół.

To wspaniałe zło!

Wspomniałem na początku, że faceci w eleganckich garniakach, kapeluszach typu fedora – szykowni typkowie, których źródła dochodu cholernie dalekie były od uczciwej roboty, stali się w pewnym momencie kimś w rodzaju idoli popkultury. Swojego wiernego fana mieli na pewno w tytułowym bohaterze wspaniałej powieści Billy Bathgate [1] E.L. Doctorowa. O czym może marzyć nastolatek z biednej dzielnicy Nowego Jorku – dzieciak, który całe życie spędził w towarzystwie podobnych sobie obdartusów, nawet na moment nie wychylając nosa poza swój rewir? Jakie ambicje mogą pojawić się w głowie obszczymurka, którego jedynym kontaktem z zamożnym światem jest ukradkowe obserwowanie miejscowych mafiozów załatwiających nieopodal swoje brudne interesy? Oni mają wszystko – szykowne ciuchy, piękne kobiety, wielkie samochody, niezachwianą pewność siebie, świadomość swojej pozycji i to, co chłopaki lubią najbardziej, czyli życie pełne przygód i emocji. Tak się przynajmniej młodemu Billy’emu wydaje.

billy bathgateAkcja Billy’ego Bathgate’a toczy się kilka lat po zakończeniu prohibicji, czyli w czasie, kiedy gangsterzy mieli do wyboru przebranżowienie, albo smutny koniec. Dutch Schultz, w którego ślepo wpatrzony jest młody Billy, to gangsterska szycha, która wszelkimi siłami stara się utrzymać swoją pozycję, ale… Z resztą, dajmy głos samemu żółtodziobowi: Nie pojąłbym tego wszystkiego w tamten dzień, na brukowanym podjeździe koło hurtowni piwa, kiedy trzeci z kolei samochód cicho podjechał do krawężnika i chłopaki zbliżyli się zdjęci grozą, ja zaś żonglowałem dwoma piłeczkami, pomarańczą, jajkiem i kamykiem w hołdzie dla naszego wielkiego gangstera z Bronxu, który się wzniósł, a teraz upadał. I mój okres w życiu Dutchmana przypadł na czas spadania[2]

Powieść Doctorowa to tylko z pozoru perypetie cwanego gówniarza, który przypadkiem dostaje się pod skrzydła diabła wcielonego, tak naprawdę jest to głęboka rozprawa o fascynacji złem, braku prawdziwych wzorców (w tym ojca, który odszedł od niego i matki lata temu), a co za tym idzie zupełnym braku świadomości, że siła fizyczna i władza zdobyta przemocą i przekupstwem nie są wszystkim, co się w życiu prawdziwego mężczyzny liczy.

Przede wszystkim jednak – bo naprawdę trudno jest mi się powstrzymać – Billy Bathgate to powieść wspaniale napisana. Mistrzowsko. Doctorow jest opowiadaczem, który nie uznaje kompromisów. Musi się wygadać, wyczerpać temat (te, niemal pornograficzne, ale niepozbawione dobrego smaku, sceny miłosne!). Nawet kiedy tworzy zdania tak długie, że niebezpiecznie ocierają się one o przesadę (kto wie, czy nie balansują nawet na granicy błędu), dajemy się im uwodzić i łapiemy się na tym, że chcemy więcej. Na tym polega pieprzone mistrzostwo pióra. Takim autorom szczerze zazdroszczę. Dla takich Nobel. Wybaczcie, jestem absolutnym freakiem, jeśli chodzi o literaturę amerykańską i amerykańskich pisarzy (Bukowski, Doctorow, Roth, Barth, DeLillo, Updike, Bellow, Mailer, itd.). Szczególnie tych z pokolenia, które debiutowało w latach 40., 50. i 60. XX wieku. Mimo, iż ich styl różni się od siebie, mają wspólny mianownik – z prawdziwą maestrią łączą potoczność z wzniosłością, język życia codziennego z pisarską ekwilibrystyką na granicy poezji. Oni to zaczęli i doprowadzili do perfekcji. No i, jeśli już mam się powtarzać, są opowiadaczami. Najlepszymi z najlepszych. Tyle jeśli chodzi o offtop, bo przecież miało być o gangsterce.

billy-bathgate-screenshot

Zło lepsze i gorsze

Road to PerditionBilly Bathgate, mimo wspomnianego braku pozytywnych wzorców, w jakimś sensie wybrał sobie swoją drogę. Inna sprawa, kiedy mafijnym cynglem jest twój własny ojciec, i to na dodatek takim, który naraził się swojemu pracodawcy. Poprawka, to ty, swoim nieposłuszeństwem i wścibskością, sprawiłeś, że z łowcy stał się zwierzyną łowną. Wpakowałeś się po kryjomu do jego samochodu, kiedy wybierał się na jedną ze swych killerskich misji i stałeś się świadkiem krwawej egzekucji. Mało tego, dałeś się przyłapać… Nieszczęsny pętaku. A mawiają Anglosasi, że ciekawość zabiła kotka, oj mawiają… Twe nieposłuszeństwo wobec ojca (przecież mówił, byś siedział na dupie!) doprowadziła do tego, że jego przełożeni wydali na ciebie wyrok śmierci, kasując przy okazji twojego braciszka i matkę. Zostaliście sami: ojciec – Anioł Śmierci (tak na niego w robocie mówili) i ty – gówniarz z perspektywą rychłej kulki. Przed wami długa i krwawa droga przez Stany Zjednoczone wczesnych lat 30.

Tak w dużym skrócie przedstawia się fabuła powieści graficznej[3] Droga do zatracenia, autorstwa scenarzysty Maxa Allana Collinsa i rysownika Richarda Piersa Raynera. Trzysta stron doskonale narysowanego, czarno – białego komiksu osadzonego u schyłku złotych lat gangsterki. Mroczna, krwawa i diabelnie przejmująca opowieść i ojcowskiej miłości, zdradzie, zemście i karze.

W 2002 roku Sam Mendes (ten od American Beauty i Skyfall) nakręcił ekranizację Drogi do zatracenia. Rolę ściganego Anioła Śmierci zagrał w nim Tom Hanks, a głową mafijnej rodziny został sam Paul Newman (jedna z jego ostatnich ról). Film wyszedł z tego naprawdę klimatyczny, jednak jego fabuła z każdą kolejną sceną, coraz bardziej oddalała się od komiksowego pierwowzoru. A szkoda, bo w ten sposób nie zobaczyliśmy na ekranie świetnych epizodów z udziałem Eliota Nessa, czy Ala Capone’a, którzy w powieści graficznej odegrali bardzo ważne role.

road-to-perdition-poster-horz
Chłopaki z dzielnicy

A teraz pomówmy o przyjaźni i lojalności w ciężkich czasach. Wykorzystałem już serial, przeskoczyłem do świata książki, a następnie sprawdziłem, jak z tematyką gangsterską radzi sobie komiks (przepraszam, powieść graficzna!), chodźmy zatem teraz do kina.

once uponDzieciaki z kiepskich dzielnic w pierwszej połowie XX wieku (a nawet dużo później), nie miały zbyt wielu rozrywek, prócz rozrabiania na swojej ulicy. Zwłaszcza, jeśli nie były odludkami zatopionymi w świecie literatury, nie mówiąc już o kinie, na które rzadko było je stać. Sporadycznie zapuszczały się poza swoją dzielnicę, bo wiadomo, za kolejnym zakrętem nietrudno było o bęcki. Dlatego właśnie wytworzyła się w nich pewnego rodzaju struktura lojalności plemiennej. Te braterskie pakty, tworzenie grup, czy może lepiej – band, w których funkcjonował dorosły system hierarchiczny. Bywało tak (szczególnie na kinowym ekranie, of course), że taka grupa obszczymurków przechodząc przez kolejne etapy wtajemniczenia w uliczne życie, stawała się powoli nieźle zorganizowana grupą przestępcza, a w końcu poważnym gangiem.

Taką właśnie drogę pokazał Sergio Leone w swoim monumentalnym filmie Dawno temu w Ameryce. Rzecz to cholernie długa (prawie 4 godziny, a mówi się, że rodzina Leone jest w posiadaniu 10 godzinnej wersji!), niespieszna, snująca się w rytm pięknej muzyki Ennio Morricone i niezwykle piękna. Jest metoda w tej ślamazarności, bo po seansie pozostają w nas te rozciągnięte ujęcia, zatrzymane w kadrze spojrzenia i klimat – jedyny w swoim rodzaju, prawdziwy, pachnący tymi ulicami. Na planie bryluje Robert DeNiro, co raczej nie powinno nikogo dziwić. To były przecież jego najlepsze czasy.

Dlaczego nie Ojciec Chrzestny Coppoli? Cóż, myślę, że klimat epoki, o której chciałem dziś z wami pogawędzić, znacznie lepiej oddaje właśnie Dawno temu w Ameryce. W genialnej ekranizacji książki Mario Puzo, wycieczka w lata 30. jest jedynie retrospekcją, natomiast u Leone stanowi ona główny punkt fabuły. Nikt dotąd (no, może do czasu Boardwalk Empire), nie oddał ducha tamtych czasów, nie pozwolił się nim sycić w tak wielkim stopniu.

once-upo-a-time-in-america-07

Od szofera do gangstera

MAFIAZ myślą o stworzeniu tego tekstu, wygrzebałem ostatnio z szuflady pudełko ze stareńką (12 lat!) grą komputerową. No, dalej, zgadnijcie jaką? Oczywiście, że chodzi mi o bardzo popularną w swoim czasie Mafię z 2002 roku. Pamiętam te zachwyty nad grafiką, złożonością następujących po sobie misji, rozległością świata, w którym porusza się bohater i szczegółowością w oddaniu klimatu epoki. Oczywiście,  nic nie starzeje się tak szybko, jak rzeczy związane z komputerami, oprogramowaniem i grami właśnie, jednak  w Mafii wciąż pozostało bardzo wiele z tego, co cieszyło nas ponad dekadę temu. Klasyczne samochody z lat 30. XX wieku wciąż są tak samo piękne, lokacje wciąż potrafią zachwycić, fabuła porwać swoją filmowością, a grywalność oderwać nas od realnego świata na długie godziny. Wiem, bo właśnie wymęczyła mnie słynna misja na torze wyścigowym. Uff, blood, sweat and tears!

W Mafii wcielamy się w rolę nowojorskiego taksówkarza, który przez przypadek staje się chłopcem na posyłki u lokalnego dona, a dzięki swojej sumienności, uporowi i bezwzględności, szybko pnie się po szczeblach gangsterskiej kariery. Tylko tyle i aż tyle, ale przez tych 12 lat nie powstała gra, która sprawniej przeniosłaby mnie w lata krwawej sławy Lucky’ego Luciano i Ala Capone’a.

mafia2

Gangsterski deser muzyczny 

friends of mr cairoOczywiście, że bez muzyki nie może się obejść. Nie u mnie, nie na tym blogu. Na szczęście nie musiałem długo szukać, by trafić na nutę, która idealnie wpisywałaby się w dzisiejszy temat. Na pomoc bardzo szybko przyszli mi panowie Vangelis (przedstawiać nikomu nie trzeba) i Jon Anderson (były wokalista zespołu Yes). W 1981 roku spotkali się oni po raz drugi, tym razem by popełnić album o tytule Friends Of Mr. Cairo.

Tytułowy utwór, któremu towarzyszył klimatyczny teledysk, stanowił hołd dla hollywoodzkiego kina noir lat 30. i 40. XX wieku. Jego treść oparta była ściśle na, chyba najbardziej ikonicznym obrazku tej epoki, czyli Sokole Maltańskim z Humphreyem Bogartem w roli detektywa Philipe’a Marlowe’a. Ciekawostką było wykorzystanie w utworze efektów dźwiękowych ze starych filmów oraz głosów takich aktorów jak Bogart, Peter Lorre, czy Jimmy Stewart. Na początku piosenki słyszymy pisk opon, następnie sygnał samochodowego klaksonu i wystrzały, które najprawdopodobniej pożyczone zostały z filmu Dorwać Cartera z Michaelem Cainem (1970 r.). Z kolei tajemniczy, tytułowy pan Cairo to nikt inny, jak bohater Petera Lorre’a z Sokoła maltańskiego.

Tyle tej naszej popkulturowej podróży w złote czasy gangsterki. Czas na muzykę. Zagraj to raz jeszcze, Sam.

[1]  W 1991 Robert Benton nakręcił na podstawie tejże powieści film, w którym główne role zagrały takie szychy, jak Dustin Hoffman, Nicole Kidman, Steve Buscemi i Bruce Willis. Obrazek przyzwoity, jednak daleko mu było do perfekcyjnego książkowego pierwowzoru, oj daleko…

[2]  E. L. Doctorow Billy Bathgate, tłum. Barbara Jankowiak

[3]  Za Wikipedią (z lenistwa mego): Jest to spolszczenie amerykańskiego terminu graphic novel stworzonego w celu odróżnienia poważnych historii komiksowych dla dorosłych od popularnych komiksów o superbohaterach o lżejszej tematyce. Teoretycznie termin ten obejmuje zamknięte historie o dużej objętości (ponad 100 stron), które nigdy wcześniej nie były publikowane w odcinkach (w standardowych 24-stronicowych zeszytach lub prasie). W praktyce pod to określenie amerykańskie wydawnictwa podciągają wszystkie wydania zbiorcze zeszytów (ang. trade paperback), łącznie z superbohaterskimi. W Polsce termin powieść graficzna wydawcy stosują, aby uniknąć skojarzeń z mało poważnym w opinii wielu osób określeniem komiks. Za autora pierwszych powieści graficznych uznaje się Willa Eisnera(Umowa z Bogiem) chociaż faktycznie tego typu komiksy jako pierwszy tworzył Raymond Briggs.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Dyskretny urok gangsterki

  1. Obecnie wg. mnie nie ma lepszego serialu, jest świetny i aż ocieka gangsterskim klimatem. Uwielbiam te lata, w których dzieje się akcja całego serialu. Wspaniale się to ogląda, a Twój wpis to majstersztyk idealnie opisujący to arcydzieło 🙂 Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s