Bukowski, ten stary świntuch!

„Postanowiłem dosięgnąć do osiemdziesiątki.”, pisał Bukowski w swojej książce Kobiety. „Pomyśleć tylko: w wieku 80 lat rżnąć osiemnastki! Jeśli jest jakiś sposób oszukania igraszek śmierci, to właśnie na tym on polega”. 9 marca 1994 roku do tej osiemdziesiątki zabrakło Charliemu sześciu lat i pięciu miesięcy.

Zdjęcie-0514 - KopiaKatowice, 7 marca 2015.

Scena trochę jak z piosenki Billy’go Joela, słowo daję. Sobotni wieczór. Dochodzi dziewiąta. W jednej z katowickich knajpek zdążył się już zebrać spory tłum (szczerze mówiąc, ci goście, którzy właśnie wchodzą do środka, mogą zapomnieć o jakimkolwiek wolnym miejscu). Młodzi, piękni i dobrze ubrani ludzie, w większości studenci pierwszych roków, zdzierają sobie gardła, starając się przekrzyczeć zdecydowanie zbyt głośną muzykę dobiegającą z czterech lichych głośników zawieszonych pod sufitem. Stukają kufle, szurają krzesła, śmiechy i rozmowy zamieniają się w jeden niezrozumiały szum. Weekend stał się ciałem o setce rąk, nóg, oczu i gęb. Tymczasem, dziwna sprawa, przy barze siedzi samotny facet, obracając w palcach szklankę z jakimś jasnym drinkiem (a może to woda?). Podchodzimy bliżej i widzimy, że gapi się w rozłożoną przed nim kartkę, jakby chciał w niej znaleźć odpowiedzi na wszystkie problemy dręczące rodzaj ludzki. Pochylamy się nad typem i zaglądamy mu przez ramię. Na stronie wydartej z jakiegoś kalendarza widzimy równe rzędy liter, jednak nie potrafimy złożyć ich w słowa. Są po prostu zbyt małe, wręcz mikroskopijne, a światło na sali jest zbyt słabe. W drugiej ręce, tej bez szklanki, trzyma czarny długopis. Marszczy czoło, przygryza dolną wargę i obraca tym pieprzonym drinkiem. Cholera, dochodzi do nas, że facet pisze! Wybrał sobie sobotni wieczór, by przyjść do najbardziej obleganej knajpy usytuowanej w samym centrum miasta i tam tworzyć! Głupie, szalone, czy pretensjonalne? A może trzy w jednym? Aż korci, by zapytać, czy to jego sposób na podryw. Być może myśli, że ogarnięty pasją twórczą introwertyk, który nic sobie nie robi z rozbawionego towarzystwa, zaintryguje jakąś piękną panią? Może złowi w ten sposób studentkę drugiego roku filologii polskiej? A może już mu się ta sztuka kilka razy udała?

It’s nine o’clock on a Saturday
The regular crowd shuffles in
There’s an YOUNG man sitting next to me
Makin’ love to his tonic and gin

Z szynką raz!

charles-bukowski-2No dobra, złapaliście mnie. Niech wam będzie, ten nieco pretensjonalny typ przy barze to ja, a na kartce, która przede mną leży powoli powstaje niniejszy tekst. Powoli, bo faktycznie jest cholernie głośno i trudno wyłapać te wszystkie myśli, które rozpierzchły się po knajpie, jakby panujący tutaj zgiełk wypłoszył je z mojej głowy. Nie, wcale nie przyszedłem tutaj specjalnie, by zamówić sobie drinka i upijać się powoli, gdyż tylko wtedy jestem w stanie złapać połączenie z kapryśną weną. Nic z tych rzeczy. Byłoby to zbyt pretensjonalne. Nawet jak na mnie. Prawdę mówiąc, umówiłem się ze znajomymi, jednak dotarłem zbyt wcześnie, więc nie pozostało mi nic innego, jak usiąść na wysokim krześle, zamówić coś i czekać. Wtedy przypomniało mi się, że pojutrze, czyli 9 marca, minie 21 lat od śmierci Charlesa Bukowskiego. Żadna to okrągła rocznica, a jednak jakoś tak w tym roku ten stary świntuch jest wyjątkowo blisko mnie. Trochę to dziwne, bo właściwie przestałem pić alkohol, który dla Charliego był paliwem życia. Drink, który przede mną stoi jest pierwszym od jakichś dwóch miesięcy i zamówiłem go tylko dlatego, że… no wiecie, Bukowski.

1392053_598525273542299_1339166490_nCharlie, Charlie… Poznałem go, zdaje się, na pierwszym roku studiów, kiedy moja miłość do literatury amerykańskiej okresu 1940 – 1970 przeżywała swój największy rozkwit. Kerouac, Kesey, DeLillo, Doctorow, BarthRoth, Mailer, Bukowski i ich kumple od pióra, stanęli w jednym rzędzie z moimi idolami muzycznymi, tworząc barwną grupę zbuntowanych intelektualistów, cynicznych geniuszy, a czasem straceńców i degeneratów, którzy debiutując w rozkwicie idei amerykańskiego snu, nie poddali się ani przez chwilę złudzeniu, że chodzi tu o coś więcej niż sen właśnie.

Mimo iż wielu z nich miało o wiele lepszy warsztat pisarski i 1471144_598524986875661_719089561_ntworzyło ciekawsze (powiedzmy, bardziej złożone) fabuły, to właśnie Bukowski został moim najlepszym kumplem. Takim, co to robi rzeczy, których ja sam nigdy bym się zrobić nie odważył, a może nawet bym nie chciał. Knajpiany mędrzec ze szpetną mordą i śmierdzącym oddechem, który swoją błyskotliwością i celnością spostrzeżeń nokautuje akademickich orłów, krusząc zarazem spiżowe pomniki literatury. Pojęcia nie miałem, że można pisać tak po prostu, tak bezczelnie gawędziarsko, tak cholernie aliteracko i tworzyć tym samym rzeczy doskonałe. Narracja u Bukowskiego zupełnie pozbawiona jest ornamentyki, a nawet jeśli ta się pojawia, jest brutalnie prosta, choć nad wyraz funkcjonalna – jak modernistyczny budynek. Być może właśnie dlatego proza Hanka (bo tak mówili na niego kumple) wciąż nie poddaje się upływowi czasu, czego nie można powiedzieć o dziełach niektórych twórców z kręgu beat generation. Cholera, nie! Protestuję! Przecież Bukowski nie był żadnym bitnikiem! Mimo iż debiutował praktycznie w tym samym czasie, co Jack Kerouac, tak naprawdę niewiele tych panów łączy. Autor W drodze, powiedzmy to sobie wprost, bywał pretensjonalny, miał skłonności do eksperymentów formalnych, które czasem nie do końca się sprawdzały, tymczasem Hank snuł konsekwentnie swoją opowieść – kanciastą jak narożniki podrzędnych barów, brudną jak ulice w LA i prawdziwą aż do krwi.

Smecta-31-Charles-Bukoweski-Skurwiel-Specjalnej-Troski-3I zawsze była to jego historia – nawet jeśli gość, o którym pisał nazywał się Henry Chinaski. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby w środku któregokolwiek ze swoich opowiadań stwierdził: Pieprzyć to, przecież on to ja, a ja to on, przestańmy się zatem bawić w kotka i myszkę…. Na przykład w Z szynką raz!, która jest tak naprawdę jedną z najlepszych autobiografii, jakie miałem przyjemność czytać w całym swoim, prawie trzydziestodwuletnim, życiu. Jak to dobrze, że to właśnie od tego tytułu zaczynałem swoją przyjaźń z Charliem. Jeszcze lepiej, że następna w kolejce była powieść Factotum, gdzie Chinaski jest nieco starszy, a później Listonosz, w którym poznajemy pisarza zasuwającego w urzędzie pocztowym, by mieć za co opłacić czynsz, żreć i chlać (często w odwrotnej kolejności). No i te opowiadania! Bukowski to król krótkiej formy, obdartej z grubej skóry metaforyki, metafizyki i wszystkiego, co meta-. Sama żywa, pulsująca tkanka. Możesz dotknąć i poczuć każde włókno, ale uważaj, bo solidnie się ubabrzesz.

No dobra. Podnoszę rękę, by wezwać jednego z barmanów. Chłopaki mają dziś prawdziwy zawrót głowy. Przed chwilą jakaś zdrowo narąbana studentka wywaliła całą tacę shotów, a koleś stojący obok mnie od dwóch minut nie potrafi wydukać, czego właściwie sobie życzy. Zamawiam raz jeszcze to samo. Niech będzie. To mój wieczór z Hankiem.

10550954_792999504078108_5255943118161386689_n

Szekspir nigdy tego nie robił

bukowski2Nieco później, kiedy już wyssałem całą bibliotekę z jego prozy, pojawił się Bukowski-poeta. W swoich wierszach wcale nie odkrył przede mną świata innego, niż w opowiadaniach czy powieściach. I całe szczęście. To były wciąż te same ulice, te same knajpy, liche prace, tani alkohol, brzydkie, ale łatwe kobiety, trudne wspomnienia z dzieciństwa, szaleństwo, rozczarowująca rzeczywistość, pasja tworzenia, sex i upadek. Rzecz jednak w tym, że to już nie był Chinaski, ale sam Hank i wszytko to, czym chciał się ze mną podzielić. Bukowski jako poeta stał się dla mnie kompletny, najprawdziwszy, może nawet właściwy. Jego wiersze to pieprzony wytrysk brutalnej błyskotliwości. Wypijmy jego zdrowie.

Pomyśleć, że świat tak długo nie był na niego gotowy, a kiedy się wreszcie ocknął i postanowił dać mu jakieś pieniądze i jakąś sławę, Bukowski stał już nad swoją trumną. Planeta Ziemia to kurewsko podłe miejsce, ale jedyne, jakie jest nam dane. Niestety albo stety – sam już nie wiem.

Sam ze wszystkimi

Mógłbym tak długo, ale przychodzi SMS od znajomych, z którymi się tutaj umówiłem. Piszą, że już prawie są na miejscu – mam im dać jakieś pięć minut. Dopijam drinka, łapiąc na język kostkę lodu, którą następnie rozgryzam z lubością. Zapisaną kartkę składam na cztery i wsuwam do tylej kieszeni spodni… To znaczy robi to facet, którego obserwowaliśmy na początku naszej wizyty w tej przyjemnej, acz ciut za głośnej knajpie. Odsuwa od siebie pustą szklankę, podnosi głowę i patrzy na wykaligrafowane kolorową kredą menu zawieszone nad barem. Pewnie zastanawia się, czy dać szansę kolejnemu drinkowi, czy może już czas na mocną kawę. No ale, czy tak wypada? Po napisaniu tekstu o Bukowskim?

No dobra, niech będzie to samo. Za Bukowskiego i za nich wszystkich. Jak śpiewał Billy:

Yes, they’re sharing a drink they call loneliness
But it’s better than drinkin’ alone

1907734_791474637563928_1682050304131033050_n

*Wszystkie cytaty pochodzą z utworu Billy’ego Joela Piano Man, który znajdziecie na albumie o tym samym tytule z 1973 roku.

*Wszystkie śródtytuły są tytułami utworów Bukowskiego.

*Autorem towarzyszących tekstowi ilustracji jest Robert Crumb. Błagam, nie pytajcie, kto to taki, bo dać się złapać na nieznajomości tak gigantycznej legendy komiksu to cholerny wstyd. Szczególnie na moim blogu.

Image
Charles Bukowski dyptyk by Jakub Pszoniak


Powyższe 2 rysunki popełnił Jakub Pszoniak. Pierwszy to, ale nie ostatni raz, kiedy widzicie u mnie jego prace.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s