Popkulturalnie o najlepszych płytach 2015 (pierwsze półrocze)

Dziś będę się wymądrzał o muzyce. Mija pierwsza połowa roku i tak sobie pomyślałem, że warto by skrobnąć nieco o płytach, które towarzyszyły mi przez ostatnie miesiące. Są przecież takie tytuły, które właściwie nie opuszczają moich głośników, a nawet towarzyszą mi, kiedy wychodzę z domu. To już jest przecież jakby miłość, prawda? A o miłości czasem dobrze się pisze, zatem spróbujmy.

Mam oczywiście pewne opory, które biorą się z faktu, że… dawno nie pisałem o muzyce. Mało tego, sama myśl o tym, że mógłbym jeszcze stworzyć tekst o jakimkolwiek nowym albumie, natychmiast paraliżuje mnie dziwnym lękiem. Rzecz w tym, że do tego stopnia oddaliłem się od tematu, że nie jestem nawet pewien, czy wiem jeszcze jak to się robi. Owszem, przyjmuję w swoje uszy coraz więcej nowych dźwięków i z niesłabnącym zapałem sycę się kolejnymi nagraniami, jednak jakoś przestałem czerpać radość z tworzenia o nich tekstów. Tak jakbym wziął sobie do serca słynny bon mot Franka Zappy, który wszyscy doskonale znacie. Cały ten proces zaczął mi się wydawać maksymalnie odtwórczy, powtarzalny, a w związku z tym bezsensowny. Być może wyczerpałem już swój limit słów sformułowań, barwnych metafor i określeń wartościujących. A może po prostu mi się znudziło. Zobaczymy.

Kolega powiedział: go with the flow!

No, to komu w drogę…

Marilyn Manson The Pale Emperor

Manson-nowy-albumPowiedzieć, że nowy album Mansona mnie zaskoczył, to jakby nic nie powiedzieć. Bo, widzicie drodzy państwo, zdarza się czasem i tak, że artysta, którego ongiś zdarzyło nam się hołubić, w pewnym momencie zupełnie przestaje nas obchodzić. Dzieje się tak z wielu przyczyn, wśród których prym wiedzie najpospolitsze wyczerpanie formuły. Muzyk się po prostu wypala, marnując cały swój potencjał na wpieprzanie swojego ogona, jak jakiś artystyczny Ouroboros. Tak się właśnie stało z panem Warnerem. I to bardzo dawno temu. Pamiętamy wszyscy (ja pamiętam doskonale) wrzesień anno Domini 1998, kiedy w sklepach pojawił się album Mechanical Animals – najlepszy przykład złodziejstwa przekutego na prawdziwą sztukę. Bogowie, jakież to był arcydzieło! A jaki szum! Manson był wtedy wszędzie, począwszy od mediów branżowych, na wnętrzach naszych lodówek skończywszy. Nic to, że sam koncept albumu, image naszego bohatera oraz muzyka, pożyczone były od Ziggy’ego Stardusta, czyli alter ego Davida Bowiego z lat 70. Ważne, że było to cholernie dobre i przetrwało, jak się dziś okazuje, próbę czasu.

Po takiej eksplozji naprawdę trudno podtrzymać ogień, dlatego kolejne płyty pana Warnera były najwyżej dobre (choć w większości po prostu niezauważalne), a jego następne wcielenia nie urzekały tak bardzo jak androgyniczny Omega z Mechanical Animals. Przez jakiś czas Manson próbował różnych sztuczek, żeby choć musnąć koniuszkami palców ideał, jaki osiągnął w 1998 roku, jednak sprowadzało się to wyłącznie do tanich chwytów i coraz mniej wyszukanego wulgaryzowania swojej muzyki oraz wizerunku. Kiedy reflektory przygasły (a przygasnąć musiały), a ludzie się rozeszli (a rozejść się musieli), został artysta zapomniany i zupełnie pozbawiony iskry. No i bez ogona, który pożerał łapczywie od jakiegoś 2000 roku.

Blady Cesarz we własnej osobie
Blady Cesarz we własnej osobie

No i wrócił. Teraz, w 2015 roku. Przybył odziany w jasny garnitur, bez tego imperatywu, by nas wszystkich zaszokować (bo chyba się już nie da – nie te czasy), bez złudzeń, że kogokolwiek rzuci na kolana. Choć to ostatnie akurat mu się udało i jestem pewien, że sam jest tym cholernie zdziwiony. Właściwie nie powinienem pisać, że wrócił. Przecież ostatni jego album (Born Villain) wyszedł ledwie trzy lata temu, jednak będąc brutalnie szczerym muszę zadać pytanie, czy ktokolwiek na tej planecie zanotował ten fakt? Czy kogokolwiek obeszło, co ten facet wydał po roku 2000? A zatem rzeczywiście jest to powrót – powrót do bycia interesującym muzykiem i artystą, który wciąż ma coś do powiedzenia.

Marilyn Dandys
Marilyn Dandys

Pale Emperor to rzecz, a niech tam, wybitna – zestaw utworów, o którym marzy każdy muzyk, czyli takich, spośród których najgorszy jest bardzo dobry, a najlepszy krąży po orbicie planety Arcydzieło. Współczynnik przebojowości jest tutaj bardzo wysoki, natomiast słychać doskonale, że żadna z kompozycji nie powstała z desperackiej potrzeby wbicia się w dzisiejsze listy przebojów. Manson pięknie ożenił swój charakterystyczny, industrialny styl z tym, co w muzyce rockowej najbardziej klasyczne. Dużo tutaj zaskakująco wintydżowych brzmień, sporo nawiązań do bluesa i starego glamu. Niewiele za to elektroniki. Zaskakujące? Owszem. Wspaniałe? A juści!

Wrócił nam Brian Warner, znów bezwstydnie rżnąc z Bowiego, czego zresztą wcale nie ukrywa. Spójrzcie tylko na okładkę płyty, popatrzcie na jej tytuł. David był DukiemMarilyn jest Emperorem, David był ThinMarilyn jest Pale. No i spójrzcie na te pozy, te ciuchy – przecież do jest DB z czasów albumów Station to Station i Low! Jak kraść to od najlepszych, co nie, panie Warner?

Pale Emperor to, póki co, najlepszy album tego roku. No, może jednak drugi, bo…

FFS FFS

2jo0TGNTotalnie zwaliła mnie z nóg wiadomość, że panowie z Franz Ferdinand kombinują z legendą avant-glamu lat 70. zeszłego stulecia, zespołem Sparks (ci od This Town Ain’t Big Enough for Both of Us – jednej z najlepszych piosenek ever). Serducho moje zabiło szybciej, bo przecież FF to te lepsze dzieci nowej rockowej rewolucji początku XXI wieku, natomiast S stanowi obiekt absolutnego kultu wśród fanów muzycznego 70’sowego freakshowu. Obie grupy nigdy nie bały się ostrej jazdy po bandzie i obie w pewnym momencie zostały jakby… zapomniane. Nigdy sam bym nie wpadł na pomysł, by zebrać ich wszystkich w jednej sali prób i kazać wspólnie nagrać album. Nigdy. A przecież teraz wydaje się to tak oczywiste! Słuchając albumu FFS nie odnosi się wrażenia obcowania z muzyką stworzoną przez młodzików (no, powiedzmy, że młodzików) i ich starszych kolegów, to jest raczej relacja synowie – ojcowie. Serio, to jedna muzyczna krew, jedna rodzina, której członkowie odnaleźli się po latach i postanowili zrobić z tej okazji coś specjalnego. Wyszła rzecz niesamowita – jeden z najlepszych albumów w dyskografiach obu kapel. Utwory są cudowne, szalone i cholernie dowcipne – nie jest to jednak łopatologiczne walenie śmieszkami, tylko inteligentne podejście do humoru w muzyce (posłuchajcie tylko Piss Off, czy Dictator’s Son). I ta inteligencja, ta błyskotliwość kompozytorska oraz liryczna buzuje wręcz z każdej nuty i każdego słowa na tej płycie. Przylepiłbym na niej karteczkę z napisem: nie dla idiotów.

Franz Ferdinand i Sparks
Franz Ferdinand i Sparks

Ta szkocko (Franz Ferdinand) – amerykańska (Sparks) kooperacja nie tylko się udała, ale okazała się tak naturalna, że teraz trudno będzie mi wyobrazić sobie ich osobno. Mimo iż jeden z utworów przekornie zatytułowano Collaborations Don’t Work. Ot, całe poczucie humoru FF i S.

A Johnny Delusional to singiel roku. Kropka.

Muse Drones

1796961_10152887723498725_8861966302134959842_oTrudno się dziwić staremu fanowi Queen, że szaleje za Muse. Przecież ta trójka niezwykle kreatywnych Angoli już od swojej drugiej płyty (Origin of Symmetry z 2001 roku) udowadnia, że jest nowoczesnym przedłużeniem królewskiej linii muzycznej (arcydzielne Black Holes and Revelations z 2006, Resistance z 2009 i 2nd Law z 2012, były już absolutnym wejściem w koturny Mercury’ego). Z której strony ucha by nie przyłożyć, odnajdzie się u nich ten sam dziki eklektyzm, tę samą odwagę w mieszaniu wszystkiego z wszystkim, tę samą pompę i, last but not least, taką samą łatwość w układaniu przebojowych melodii. Muse tworzy muzykę z pozoru niemodną, nieprzystającą do dzisiejszych standardów i zamiłowań pokolenia, które przyzwyczajone jest do spotifajowo – fejsbukowej łatwizny, a jednak wygrywa na każdym polu, będąc jednym z najpopularniejszych bandów na ziemi, tej ziemi. Myślę, że jest w tym geniusz.

Drones, wbrew temu, co przeczytać można na portalach muzycznych, czy w prasie papierowej, nie jest żadną rewolucją. Jest to pewien zwrot na muzycznej drodze, jaką zespół obrał jakiś czas temu, jednak dość subtelny. Pewnie, nie mamy już do czynienia z taką superprodukcją jak w przypadku albumu 2nd Law, ani nawet Resistance. Oczywiście, brzmienie jest cięższe, bardziej gitarowe. Mniej jest elektroniki i orkiestracji, jednak jest to wciąż ten sam zespół, w którego twórczości wszystko jest większe niż życie. I cieszy mnie to niezwykle, bo pogłoski o gwałtownej wolcie stylistycznej i powrocie do korzeniu mocno mnie niepokoiły. Bałem się, że odrzucając całą tę swoją bombastyczność, Muse straci indywidualność i stanie się zespołem jakich wiele. To byłby dla mnie cios poniżej pasa.

Tercet Epicki
Tercet Epicki

Szczęśliwie, nowiny ze świata okazały się mocno przesadzone i otrzymałem satysfakcjonujący album. Okej, nie jest to może taki szczękołamacz jak wspomniane Resistance 2nd Law, ale wciąż jest to poziom dla większości zespołów nieosiągalny.

The Darkness Last of Our Kind

the-darkness-album-cover-2015-billboard-510x510W sumie dużo racji jest w tytule tego albumu. The Darkness rzeczywiście brzmią jak żywe wykopalisko, relikt wspaniałych czasów, ostatni ze swego gatunku. A przecież wydawało się, że po zachwycającym One Way Ticket to Hell… and Back z 2005 roku nic specjalnego się już u nich nie wydarzy. Najpierw zniknęli na prawie dekadę, by w 2012 wydać raczej rozczarowującą płytę Hot Cakes, a następnie wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywać zaczęły na to, że nie bardzo mamy się czegokolwiek z ich strony spodziewać. No i przyszedł rok 2015, kiedy to do sieci trafiać zaczęły kolejne single z omawianego właśnie albumu. Były to utwory, które ucieszyły mnie od samego początku. Poczułem to! Naprawdę uderzyła we mnie fala entuzjazmu podobna nawet do tej, która rąbnęła we mnie w 2003 roku, kiedy po raz pierwszy zoczyłem clip I Believe In Thing Called Love.

 

Ostatni z zagrożonego gatunku + sowa
Ostatni z zagrożonego gatunku + sowa

Żeby było jasne, bracia Hawkins nie odkrywają na Last of Our Kind nowych lądów, ale to przecież doskonała wiadomość! Zwłaszcza, że z tego swojego hard rockowo – glamowego wora z inspiracjami wciąż wyciągnąć potrafią tyle dobrego. Ile na tym albumie wspaniałych melodii, ile chwytliwych riffów, zabawnych tekstów, a ile energii! Możliwe, że panowie mają tego samego medyka, co Marilyn Manson, bo odnotowuję u nich ten sam przypływ weny, tę samą iskrę. Słychać, że te kawałki powstały z prawdziwej radości tworzenia, da się również odczuć,  że Hawkinsowie znów się odnaleźli – jako zespół, jako twórcy, jako potężna rockowa machina. I dobrze, bo cholera, faktycznie mogą być ostatni ze swojego gatunku.


Armored Saint Win Hands Down

ArmoredSaint-WinHandsDownHeavy metal to chyba najbardziej odtwórczy i najmniej odkrywczy gatunek muzyki popularnej. Ale czy to źle? Jego fani niezbyt przychylnym okiem patrzą na wszelakie kombinacje, a kilka chybionych eksperymentów (nu metal, czy tam rap metal) dowiodło, że mieszanie nie zawsze zdaje egzamin. Tak czy siak, mnie heavy metal znudził dawno temu, choć może lepiej byłoby powiedzieć, że przestał mi wystarczać, bo gdy wyjrzałem poza widnokrąg pełen znanych riffów i podobnych solówek, okazało się, że pociąga mnie bardziej to, co nowe, nieznane i mniej oczywiste. Mimo to wciąż czasem potrzebuję mocnego uderzenia, a wtedy rzetelne riffowe łojenie jest jak lekarstwo na gorączkę, jak cowbell dla Christophera Walkena. Nie znaczy to jednak, że biorę to, co mi pod gębę podają. Wybieram takie płyty jak Win Hands Down Armored Saint, gdzie poza oczywistą gitarowo-perkusyjno-basową kanonadą i wielkimi wokalizami, dostanę coś jeszcze – dojrzałość muzyczną i odrobinę nieoczywistości. W utworach Armored Saint nie ma wyświechtanych rycerskich motywów, śpiewania o tylnej części ciała pani Maryni, brak również smoków, elfów, wikingów i piratów. I chwała im za to!

Armored Saint
Na zapleczu wielkiego przemysłu…

Nie jest to żenujące power metalowe patataj, ani bezsensowne thrashowe szukanie dziury w całym, lecz profesjonalne granie, pełne solidnych melodii, zadziornych wokaliz i zaskakujących solówek. Mój znajomy zawsze mawiał, że taki metal jest O CZYMŚ. No właśnie. Podziwiam ten zespół, bo gdzieś tam na zapleczu wielkiego przemysłu muzycznego, od lat dłubią swoje i, jak się okazuje, wydłubać potrafią materiał, który kasuje wykwity popularniejszej konkurencji. Niby to samo, ale jakże to jest podane!

House of Lords Indestructible

album_cover_House of Lords - Indestructible_5548f388cce19House of Lords to zespół, który debiutował w drugiej połowie lat 80., a zatem załapał się na ostatnie tłuste lata hard rocka – tego wymuskanego, koturnowego, ale wciąż pełnego mocy i uroku. Serio, podziwiam takie grupy jak HoL. Mało kogo na tej planecie (i zapewne wszystkich innych) obchodzi teraz, co nagrywają, mało kto zaprząta sobie również głowę ich istnieniem, a oni nadal serwują solidne albumy. Pewnie, że jest to muzyka powtarzalna, która nic nowego pod słońcem do gatunku nie wnosi, ale ile w tym klasy! Albumy, które ci amerykanie nagrywają ostatnimi laty, przywodzą mi na myśl stary, zadbany dwór, który nijak się ma do obecnych kanonów architektury – jest niefunkcjonalny, nie nadawałby się pewnie do zamieszkania, ale warto jednak do niego czasem wpaść, by nasycić się kunsztem wykonania i nadziwić, że też się komuś tak chciało.

 

Niezniszczalne uparciuchy
Niezniszczalne uparciuchy

Tytuł albumu jest bardzo trafnym podsumowaniem tego, co obecnie prezentuje sobą zespół House of Lords. Faktycznie, oni są niezniszczalni, bo pogodzili się z faktem, że milionów już nie zarobią, nie zdobędą list przebojów, a obecność w mainstreamowych mediach mogą sobie tylko powspominać podczas niedzielnego barbecue ze swoimi dorosłymi dziećmi i wnukami. Zamiast jednak rozwiązywać zespół i popaść w jeszcze większe zapomnienie, wciąż robią to, co kochają najbardziej i zapewne to, co najlepiej im w życiu wychodzi – grają swoją muzykę. Jakimś cudem im się chce i ciągle starcza im pary, by raczyć tę garstkę swoich fanów przyzwoitymi albumami. Bo Indestructible jest albumem ponadprzyzwoitym, a nawet więcej – najlepszym od roku 2009, kiedy to wypuścili monumentalny Cartesian Dreams.

Polecam tym, którzy zapomnieli, co to piękne melodie w, bądź co bądź, ciężkim graniu.

Whitesnake Purple Album

ru-1-r-640,0-n-WL2101532qAWIDavid Coverdale to żywa legenda – prawdopodobnie ostatni tapirowany dziadek we wszechświecie, którym ów wszechświat wciąż jest się w stanie przejąć. Mówiąc serio, prowadzona przez niego od drugiej połowy lat 70. poprzedniego stulecia, grupa najemników zwana Whitesnake, jest dziś ikoną hair metalu, czyli najbardziej nabzdyczonej z nabzdyczonych odnóg hard rocka. Białywąż miał w sobie coś, czego większości zespołów wykonujących tę muzykę było brak – wielką klasę, którą gwarantowali najlepsi muzycy na świecie. Klasie owej pomagała oczywiście zdolność do tworzenia wielkich kompozycji, które nie były li tylko sezonowymi hitami, ale wryły się mocno w historię muzyki pop. Na plus grupie Davida Coverdale’a przypisać trzeba również głębokie zakorzenienie w najlepszej muzycznej tradycji. Tych, którzy jakimś cudem tego nie wiedzą, informuję, że w latach 1974 – 1976 Coverdale był również wokalistą zespołu Deep Purple, z którym to nagrał trzy doskonałe albumy (Burn z 1974 roku, Stormbringer i Come Taste The Band z 1975). I jeszcze jedno – wielki David dysponował i dysponuje najwspanialszym męskim głosem w historii muzyki rockowej (ex aequo z Mercurym i Bowiem).

whitesnake-tickets_06-05-15_17_54eb757adc0be

Po niezbyt przychylnych dla tego rodzaju muzyki latach 90. XX wieku i takim sobie początku kolejnego stulecia, Coverdale skrzyknął nowy band, by w roku 2008 nagrać rewelacyjny album Good to Be Bad, w którym zawarto wszystko to, co w Whitesnake było najważniejsze, czyli ogromne riffy, solówki gitarowe większe niż wszechświat, melodie uzależniające jak kokaina, niezbędną dawkę bluesa i TEN głos! W 2011 dostaliśmy jeszcze Forevermore – płytę, która niewiele ustępowała swojej świetnej poprzedniczce, natomiast w tym roku zespół Whitesnake zaskoczył nas albumem wypełnionym… reinterpretacjami kawałków Deep Purple, które David wykonywał z tymże ansamblem lat temu 40. Serio. Serio, serio.

Większość fanów zamarła, bo jakże to, tyleśmy czekali, takeśmy się emocjonowali, żeby teraz dostać odgrzany obiad sprzed czterech dekad. Hola, hola, Dave, tużeś przesadził, chłopie! Internet (a przynajmniej ta jego część, która wie, co to Whitesnake) eksplodował shitstormem, a długowłosi, łysiejący krytycy z wąsami, oraz zagniewani młodociani z kucykami, prześcigać się jęli w oskarżaniu Davida o utratę kompozytorskiej potencji, o to, że wokal już nie ten, że band nie taki – w każdym razie nie do tych utworów (bo co Blackmore, to Blackmore, a co Bolin, to Bolin) i, że w ogóle do dupy z tym wszystkim. Nawet mi się zdarzyło sarknąć raz, czy dwa razy (choć włosy mam krótkie, wszystkie na swoim miejscu, a wąsa nie stwierdzono).

Still Poodle
Still Poodle

Wtedy dostałem Purple Album, dokładnie go przesłuchałem, po czym uniosłem najpierw prawą brew, a następnie lewą, po czym rzekłem: Ej, to wcale nie jest takie złe! Cholera, właściwie jest to bardzo dobre. Nie, nie, poprawka, to jest świetne!. Bo, widzicie moi państwo, zespół Davida Coverdale’a nie poszedł po linii najmniejszego oporu i nie odegrał tych wszystkich wspaniałych klasyków nuta w nutę, jak to ongiś nagrane zostało, lecz postanowił potraktować je tak, jakby były to zupełnie nowe utwory Whitesnake. I tym właśnie wygrali. Monumenty sprzed 40 lat, nawet jeśli tego nie potrzebowały, dostały drugie życie, zyskały ciekawy apdejt, co sprawiło, że do Purpurowego albumu będzie się chciało wracać.

A tam, gdzie pozmieniali najwięcej (Sail Away, You Fool No One, Holy Man), płyta broni się najlepiej. Na pohybel malkontenctwu internetowemu!

Jim O’Rourke Simple Songs

428bd068Nie chcę robić z siebie aż takiej muzycznej Alfy i Omegi, dlatego od razu przyznaję, że do tej pory Jim O’Rourke był dla mnie totalnym nołnejmem. Dopiero w dniu, kiedy jego najnowsza, jakże urocza, płyta trafiła do mojego odtwarzacza, zanurkowałem w sieci, by dowiedzieć, któż mi tak pięknie gra i śpiewa. No i okazało się, że do czynienia mam z prawdziwą muzyczną instytucją, która w wielkim muzycznym świecie działa już od długich lat. O’Rourke, jak się dowiedziałem, jest dość poważną figurą sceny niezależnej, prawdziwym ekspertem, jeśli chodzi o awangardę, twórcą nagrywającym albumy rockowe, jazzowe, elektroniczne i noise’owe, kompozytorem filmowym (pisał m.in. dla Wernera Herzoga). Ponadto ma w swoim CV współpracę z takimi tuzami jak Sonic Youth, czy Wilco. Robi wrażenie, prawda?

Tymczasem album Simple Songs, jak wskazuje sama jego nazwa, jest zbiorem na pozór prostych, melodyjnych piosenek, w których naprawdę można się zakochać. Wiecie, tak jak zakochuje się w ładnej dziewczynie, która wpadła nam w oko pewnego letniego wieczoru i od tego momentu wiemy, że chcemy z nią spędzić wieczór kolejny i następny, a potem jeszcze jeden. Tak to właśnie działa.

Tak, ten pan robi tę świetną muzykę
Tak, ten pan robi tę świetną muzykę

A zatem, Introwertyczny indie/soft rock z cholernie zdolną marudą przy mikrofonie? Czemu nie – takie rzeczy ostatnimi czasy bardzo mnie kręcą.

Simple Songs to króciutki album (8 utworów, ledwie 38 minut), ale to w zupełności wystarczy. Lepiej czasem włączyć sobie płytę raz jeszcze, niż skipować zbędne kawałki.

Tom Holkenborg aka Junkie XL Mad Max: Fury Road – Original Motion Picture Soundtrack

qWXpjEEO filmie Mad Max: Na drodze gniewu, pisałem już ostatnim razem, dlatego bez zbytecznego powtarzania się, przejdźmy do samej jego oprawy dźwiękowej. A jest to muzyka po prostu fantastyczna.

Jakieś cztery, a może pięć miesięcy temu, postanowiłem solidnie zabrać się za swoje ciało. Zapisałem się przeto do najlepszej siłowni w mieście i z uporem psychopaty dążę do osiągnięcia sylwetki, którą uznam za idealną. No ale, zaraz, po cholerę ja wam to piszę? Pewnie dlatego, że nie wyobrażam sobie pracy nad swoją muskulaturą bez odpowiedniej ścieżki dźwiękowej. Przygotowuję sobie rozmaite składanki – czasem jest to thrash metal (Anthrax sprawdza się doskonale!), czasem motoryczny hard rock, innym razem jakiś synth pop, czy stare electro. Zasada jest jedna: zawsze musi być to zestaw konsekwentny i zagrzewający do boju, niczym koleś walący w bęben na galerze, albo dudziarze na czele brytyjskiej armii. Po seansie filmu Mad Max: Na drodze gniewu od razu wiedziałem, że muszę sobie kupić płytę ze ścieżką dźwiękową i wypróbować ją na bieżni. Jak postanowiłem, tak uczyniłem. I wiecie co, od tamtej chwili biję swoje rekordy. Jeden za drugim. Serio, tak to działa. Muzyka Holkenborga sama w sobie jest Drogą gniewu i nawet bez wspaniałego obrazu George’a Millera sprawdza się znakomicie. Połączenie orkiestracji, elektroniki i metalu nigdy jeszcze nie było tak konsekwentne, tak doskonale wyważone i napełniające tak ogromną energią. No, przynajmniej od czasów Tylera Batesa i jego soundtracku do filmu 300 Zacka Snydera.

Jam jest Droga Gniewu!
Jam jest Droga Gniewu!

Mad Max: Fury Road Holkenborga, ukrywającego się pod pseudonimem Junkie XL, to wysokoktanowy zestaw kompozycji, których z powodzeniem można słuchać zupełnie niezależnie, bez udziału obrazu. Spokojnie, projektory waszych mózgów natychmiast same zaczną wyświetlać każdy film, jaki tylko sobie z tą muzyką połączycie. Zapewniam, że jego sceny będą epickie, gwałtowne i większe niż życie. Dlatego chyba trzeba uważać – szczególnie, kiedy prowadzi się samochód, a nawet jedzie na rowerze. Łatwo dać się ponieść,a nasze drogi i bezdroża to przecież nie post-apokaliptyczne pustkowie. Chyba.

I jeszcze na koniec małe pytanie. Znajomy zarzucił mi ostatnio, że teksty na Popkulturalnym są za długie, a przecież teraz nikomu nie chce się czytać długich artykułów online. Nie tylko dlatego, że wpatrywnie się w ekran męczy oczy, ale dlatego, że dzisiejsze społeczeństwo straciło cierpliwość i po prostu nie jest w stanie skupić uwagi na tekście dłuższym niż wordowska kartka A4. Zasugerował mi, żebym bardziej kondensował treść, którą chcę wam przekazać, albo dzielił teksty na dwie części. Powiedziałem mu wtedy, że mój target czytelniczy nie ma problemu z długimi artykułami, natomiast ci, których takowe denerwują zapewne nigdy by nie zajrzeli na bloga o tytule Popkulturalny. Co wy na to? Jest tak, czy może mnie poniosło? Iść za radą mądrego kolegi, czy dalej być uparciuchem? Piszcie!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s