Szpieg, złodziej, naukowiec, mrówka

Koniec wakacji! Dość obijania się! Wyciągnijmy wreszcie ten mózg ze stazy!  Czas najwyższy zabrać się za wszystko, co do tej pory leżało odłogiem. W kolejce przed drzwiami mojego gabinetu czeka życie prywatne, zawodowe, a także twórczość wszelaka, w tym blogowa. Pora wołać po kolei każdego z interesantów i zabrać się za porządkowanie ich śmieci. Wystartujmy z kina, bo przecież dostaliśmy ostatnio przynajmniej dwa całkiem przyjemne tytuły.      

Kryptonim KLASA

The_Man_from_U.N.C.L.E._posterPrzyszedł też czas, moi szanowni czytelnicy, na mały coming out (albo jak wolicie: wyjście z szafy). Jestem wielkim, oszalałym wręcz fetyszystą wszystkiego, co wiąże się z pojęciem retro – zwłaszcza gdy umiejscowimy je w bliższym, bądź nieco dalszym sąsiedztwie lat 60. XX wieku. I nie mówię w tej chwili o hippisach i lecie miłości, ale tej specyficznej, kolorowej elegancji, zuniformizowanym szaleństwie (choć brzmi to jak oksymoron), odjechanym szyku, który po dziś dzień inspiruje trendsetterów. Mówię też o geekowszczyźnie, sztuce (pop-art!), komiksach (Jack Kirby! Steve Ditko!), kinematografii (pierwsze i jedyne słuszne Bondy! Barbarella! ) oraz muzyce (od Beatlesów, przez The Who aż po Velvet Underground). Nie było epoki bardziej inspirującej i chętniej odwzorowywanej, niż szósta dekada zeszłego wieku – czas, kiedy wszystko się skończyło, a jednocześnie powstał całkiem nowy wszechświat.

No i właśnie z tych samych elementów, z których nasz kolektywny umysł tworzy sobie teraz, w drugiej dekadzie XXI wieku, te cudowne lata 60., Guy Ritchie skonstruował swój najnowszy obrazek. Najważniejszym jednak składnikiem filmowego drinka o nazwie Kryptonim U.N.C.L.E. jest po prostu kino. Ten vintage’owy wyskok Ritchiego, poza tym, że jest remakiem popularnego serialu z lat 60., jest również miksturą wszystkich Bondów, od Doktora No aż po W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości (czyli tych z lat 1962-1969), Świętego z Rogerem Moorem, czy też Partnerów z Moorem i Tonym Curtisem (zaniepokojonych już uspokajam – mimo jaskrawej stylizacji na szósta dekadę XX wieku, w żadnym wypadku nie jest to wygłup pokroju Austina Powersa!)

the-man-from-uncle
Agenci jak z żurnala mody

Wielu recenzentów narzeka na pretekstowość, czy może brak wyrafinowania fabuły, jednak nie sądzę, żeby był to szczególny problem. Przypadła mi do gustu ta staroświecka, komiksowa wręcz estetyka. Postacie nakreślone są raczej grubą kreską – Napoleon Solo (bardzo dobry Henry Cavil) to luzacki, ale zawsze szykowny agent CIA, natomiast Ilja Kuryakin (jeszcze lepszy Armie Hammer) jest zasadniczym twardzielem z KGB, w którym bije jednak dobre serce. Panowie, jak to w tego typu historiach bywa, zmuszeni są do przezwyciężenia wzajemnych animozji i podjęcia współpracy, od której zależeć będą dalsze losy świata. Znamy to? Oczywiście, że znamy. Dlatego kochamy.

Solo, jak najbardziej solo
Solo, jak najbardziej solo

Pomimo atrakcyjności wizualnej, Kryptonim U.N.C.L.E. nie jest wcale filmem efekciarskim. Ritchie jakby celowo unika bombastycznych scen i rezygnuje z nagromadzenia efektów specjalnych oraz wielkich bijatyk. Rzeczy, które w kinie tego typu są częstokroć nadmiernie eksponowane, reżyser sprytnie ukrywa, bądź nie pokazuje ich wcale, każąc nam się domyślać, co dzieje się, na przykład… za zamkniętymi drzwiami męskiej toalety we Włoszech. Prawdziwą perełką jest scena, w której Solo objadając się bagietką i popijając ją winem, w lusterku samochodu obserwuje widowiskowy wodny pościg uzbrojonych strażników za Kuryakinem. Dzieje się dużo, łodzie motorowe gonią się po przyportowych wodach, gdzieniegdzie coś wybucha, życie sympatycznego agenta KGB wisi na włosku, tymczasem widz dostaje tylko to, co widzi jego siedzący w kabinie ciężarówki kolega z CIA. Podobnie jest z płomienną śmiercią jednego z niemilców, która powinna być widowiskowa, a jednak my obserwujemy ją w tle rozmowy głównych bohaterów. Takich smaczków w Kryptonimie U.N.C.L.E. jest o wiele więcej i zabrzmi to może jak paradoks, ale stanowią one w dużej mierze o sile tego obrazu.

Równorzędnym bohaterem filmu, wespół z doskonale obsadzonymi bohaterami, Oscarowymi kostiumami i takąż scenografią, jest muzyka. Ścieżka dźwiękowa autorstwa Daniela Pembertona jest dla mnie absolutną rewelacją ostatnich dni. Młody, acz bardzo już ceniony kompozytor (nagroda Ivora Novello, która wcześniej dostał m.in. David Bowie), nie tylko zadbał o to, by stworzone przez niego utwory w pełni korespondowały z wizualną elegancją filmu, ale przynosiły równie dużo radości poza nim. Pemberton zaproponował nam niezwykle konsekwentną i przebojową (!) mieszankę wpływów Johna Barry’ego, Lalo Shifrina, Ennio Morricone, a czasem nawet… Jethro Tull i Deep Purple. W ten sposób soundtrack z Kryptonimu U.N.C.L.E. doskonale broni się jako samodzielny album, a nie tylko ilustracja muzyczna do ruchomych obrazków. Zdzieram tę płytę. Na wiór.

West meets east
West meets east

Moi drodzy Popkulturalni, jeśli jeszcze nie byliście w kinie na Człowieku z Wujka (ha, ha, zabawne), wybierzcie się na najbliższy sens i choćby na te dwie godziny pozwólcie się oszukiwać, że od czasu Goldfingera zupełnie NIC się w kinie szpiegowskim nie zmieniło. Guy Ritchie przygotował dla was bardzo stylową błyskotkę, która nie przyniesie wam może intelektualnych uniesień, ale za to niejednemu zapewni serię estetycznych orgazmów. Tak, dla filmowych estetów jest to rzecz obowiązkowa.  No i dla geeków, bo przecież zestaw szpiegowskich schematów, TAKA muzyka plus, jako wisienka na torcie, nazistowscy pogrobowcy, to rzecz nie do przecenienia.

Mały wielki człowiek

11244897_10153245022442708_5465135102285328491_nI jeszcze króciutko o filmie, którego recenzja powinna pojawić się tutaj jakiś miesiąc temu. Siedem razy! Siedem razy zakasywałem rękawy, rozciągałem paluchy i zabierałem się za tworzenie tego tekstu. I to w czasie mojego upragnionego urlopu. Kiedy jednak przychodziło mi później czytać to, com nastukał, krzywiłem się jakbym rozgryzł mrówczy odwłok. No bo, moi państwo, od premiery filmu kończącego drugą fazę MCU minęły już kawał czasu, a więc napisano o nim już właściwie wszystko. Czy jest zatem sens dokładać jeszcze jeden tekst na temat Mrówczyńskiego? No cóż, tradycja wymaga, by na Popkulturalnym pojawiła się stosowna recenzja nowej produkcji Marvela. Zwłaszcza, że jest to film, który mi się zwyczajnie w świecie podobał! Ale po kolei.

Ant-Man to fajna postać. Pomimo swoich z pozoru zabawnych umiejętności oraz mało poważnej ksywy, ten zmiennoformatowy superheros posiada jedną z najciekawszych biografii w całym katalogu dziwolągów zaludniających (i zazwierzających) wszechświat Marvela. Scenarzyści komiksowi na przestrzeni dziesięcioleci bezlitośnie komplikowali oraz dramatyzowali koleje jego losu, robiąc wszystko, by jak tylko się da odrzeć Człowieka-Mrówkę z całej jego campowości . W ten sposób nieszczęsny Hank Pym stał się uczestnikiem, ale też przyczyną sytuacji, które nawet u jego, ekhm, poważnych kolegów byłyby nie do pomyślenia. W trakcie swojej kariery trykociarza, Pym zdążył stworzyć Ultrona (tak, tak, w komiksie to właśnie on, a nie Tony Stark, jest ojcem tej AI zarazy), borykać się z rozdwojeniem, a nawet rozczworzeniem jaźni (Ant-Man, Yellowjacket, Goliath, Giant-Man), a w końcu stać się czołowym marvelowskim żonobijcą. Jak mogliście się dowiedzieć z filmu, jedną z przyczyn takiego rozchwiania mentalnego doktora Pyma był ów zmniejszający specyfik, który poza tym, że dawał niesamowitą moc, nieźle mieszał w głowie użytkownika. Jednak podstawowym źródłem fiksacji i błędów popełnianych przez Henry’ego, była nadzwyczajna buta, egotyzm i przekonanie, że każdy jego wytwór – nawet najbardziej wątpliwy moralnie – jest kolejnym krokiem ku piękniejszej, postępowej przyszłości. Cóż, Ultron by się zgodził.

Chwila, mam to teraz założyć?
Chwila, mam to teraz założyć?

Dobrze, ale wróćmy do filmu, bo w tym momencie oryginalna historia Ant-Mana i ta, którą znamy z kina, znacznie się rozbiegają. W fabule Paytona Reeda Hank Pym (idealnie obsadzony Michael Douglas) jest już emerytowanym superbohaterem, który przekazuje pałeczkę młodszemu pokoleniu w osobie sympatycznego i cholernie zdolnego złodziejaszka, Scotta Langa (Phil Rudd). Oczywiście, zanim ów łotrzyk założy ten wspaniały kostium, będzie musiał wykraść go z instytutu, niegdyś prowadzonego przez Pyma, a dziś rządzonego twarda ręką niestabilnego psychicznie Darrena Crossa (niezły Corey Stoll).

Wtedy, rozumiesz, wskoczyłem jej za dekolt
I wtedy, rozumiesz, wskoczyłem jej za dekolt!

Wszystko to prowadzi nas do kolejnego gatunku filmowego, który został najechany i sprawnie zaadaptowany przez kino superbohaterskie, czyli heist movie. Tak jest, Ant-Man niemal w stu procentach wpisuje się w schemat kina wielkiego włamu, biorąc z niego to, co najlepsze i tłumacząc na specyficzny, trykociarski język. Scott Lang zanim zostaje superherosem (a wkrótce nowym członkiem Avengers), jest przecież superwłamywaczem, co wiąże się z efektownymi i cholernie zabawnymi sekwencjami z jego zawodowego życia. Ale przecież życie prywatne naszego głównego bohatera to także źródło wspaniałych sytuacji! Jako osoba nieodpowiedzialna, a przede wszystkim przestępca, Scott nie jest już ze swoją żoną, a jednocześnie usilnie pracuje nad tym, by mógł spotykać się ze swoją córeczką. Mała Cassie Lang to prawdziwy skarb i jedna z perełek tego filmu, a grająca ją Abby Ryder Forston ma w sobie tyle uroku, że byłaby w stanie skruszyć nawet metalowe serce Ultrona. Podoba mi się sposób, w który przedstawiono obecnego faceta ex-żony Langa. Zazwyczaj tacy faceci stanowią klasyczne przykłady skończonych dupków, tymczasem Paxton (jak zawsze dobry Bobby Canavale) to porządny gość, któremu przede wszystkim zależy na dobru swojej nowej rodziny. Im dalej w fabułę, tym bardziej lubimy tego typka.

Ej, chwila... Tu miała być damska przebieralnia!
Ej, moment… Tu miała być, zdaje się, damska przebieralnia!

 Ant-Man zyskuje również dzięki kilku naprawdę mocnym scenom, które mają poważne szansę na zapisanie się w historii ekranizacji komiksów. Weźmy za przykład mistrzowskie i niewymuszone cameo pewnego sympatycznego członka Avengers (jedna z najlepszych scen całego MCU!), czy też świetne flashbacki z przeszłości samego Pyma, które świadczą o szacunku, z jakim Peyton Reed traktuje komiks.

Wiele napisano już o roli Michaela Peny, czyli cwanego, choć średnio rozgarniętego Luisa z freakowej paczki zbirów Langa. Rzeczywiście, jego sposób przekazywania informacji, połączony z towarzyszącymi mu specyficznymi wizualizacjami, to coś, czego w kinie jeszcze nie widzieliśmy. Kciuk w górę, Ludzie od Marvela.

tumblr_nlqt9t45zP1qzdglao2_1280Wielkie brawa za sceny akcji, które również poddane zostały bardzo pomysłowym zabiegom, często wybijającym Ant-Mana nieco poza Marvelowski schemat. Przede wszystkim, jako że jest to film o tonażu lżejszym od poważnego Zimowego Żołnierza, a nawet Czasu Ultrona, uzbrojono je w humor. Nie jest to jednak irytujące rzucanie gagami podczas walki o losy świata, ale błyskotliwe wykorzystanie otoczenia, elementów popkultury i zmiennych rozmiarów bohatera (Iphone i piosenka The Cure podczas walizkowej potyczki z Yellowjacketem, zabawkowy pociąg, czołg Pyma i kasująca wszystko, finałowa mrówka o gabarycie sporego pieska).

Ant-Man nie jest filmem wybitnym, który na zawsze zrewolucjonizuje swój gatunek, bo takim być nie miał. Na pewno nie będziemy go stawiać obok Strażników (Watchmen), Kapitana Ameryki: Zimowego Żołnierza, czy Mrocznego Rycerza, a jednak zawsze przyjemnie będzie do niego wracać. Powiem więcej – dzięki jego lekkości i, mimo wszystko, kameralności, film Paytona Reeda stawiam bardzo blisko pierwszego Iron Mana. Zadowalające powitanie nowego bohatera w barwach MCU.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s