Kłaniając się papierowym bogom

Uwielbiam Duran Duran. Fanuję im od momentu, w którym osiągnąłem jako taką świadomość muzyczną i nawet w czasie, kiedy byłem zadeklarowanym metalem (tak, był taki etap w moim życiu), w domowym zaciszu z wypiekami na twarzy chłonąłem dźwięki Save The Prayer, The Chauffeur, czy Night Boat. Jestem nawet skłonny stwierdzić, że jeśli lata 80. XX wieku dały nam choć trzy wartościowe rzeczy, to na pewno jest wśród nich zespół Duran Duran. 

duran-duran-paper-gods-album-cover-636-636Premiera każdej ich nowej płyty jest zawsze nielichym wydarzeniem. Taka to legenda. Na każdą informację z ich strony czekam z entuzjazmem fanboya. Taka to siła starej miłości. Jest w tym też odrobina lęku, bo przecież nawet jeśli jesteśmy w stanie doskonale wytłumaczyć sobie każde posunięcie naszych idoli (nawet to najbardziej wątpliwe artystycznie), to zawsze mamy wobec nich wyższe wymagania. Trochę jak w związku.

No i jest. Nowy album Duran Duran. 

Po pierwszym przesłuchaniu Paper Gods, byłem trochę zawiedziony, a nawet ciut wkurzony. Mimo iż wiedziałem o pewnych zmianach, nie przypuszczałem, że będą aż tak radykalne. Tymczasem kierunek obrany przez Duran Duran na poprzednim albumie (All You Need Is Now z 2011 roku) pasował mi na tyle, że się w nim wygodnie umościłem. Była to inspirująca mieszanka klasycznej ejtisowej przebojowości z alternatywnymi odjazdami, które DD upodobali sobie już w dziewiątej dekadzie wieku zeszłego. Myślałem, że tak już zostanie. O, naiwności! Przecież oni rzadko robią dwa razy z rzędu to samo! W myśl tej idei, odpłynęli tym razem daleko, hen na syntetyczne wody elektronicznego oceanu. Stąd właśnie to lekkie ukąszenie rozczarowania, które poczułem, kiedy po raz pierwszy zaprezentowano mi ich nową muzykę. Bo widzicie, chodzi pewnie o to, że moje korzenie są zdecydowanie rockowe, a granie zaproponowane przez brytoli na poprzedniej płycie było zdecydowanie bliższe rockowemu uchu niż to, co słyszymy na Paper Gods.

image31
Wcale nie tacy papierowi

No ale!

Z drugiej strony, czy to jest właściwie zarzut? Dlaczego moje cholerne ucho ma być przynależne rockowi na wyłączność? Dlaczego nie może być otwarte po prostu na muzykę płynącą z rozmaitych obszarów gatunkowych? Do takich konstatacji się chyba dojrzewa. I trzeba mieć jaja, żeby otworzyć konserwę i własnymi siłami się z niej wygramolić. Na pewnym etapie mojego życia z muzyką, okazało się, że ja właściwie nigdy nie byłem rockowym mudżahedinem. Jednak dopiero jakiś czas temu udało mi się zdjąć wszelkie plakietki i wypisać się z kubu, deklarując jednocześnie, że – bez obaw – będę tutaj zaglądał jak najczęściej się da. Kumacie, nie? Oznacza to, że szeroko pojęty rock wciąż jest mi cholernie bliski, ale przestał być punktem odniesienia w ocenie jakiejkolwiek muzyki. Rozwaliłem ten mur, zdjąłem zasieki, a nawet ściąłem żywopłot, żeby do mojego ogródka, bez żadnych problemów, docierać mogli goście zewsząd. Przecież każda taka wizyta , nawet ta na pozór najbardziej egzotyczna, wnieść może wiele świeżości, nowych inspiracji, zachwytów i odkryć.

duran3Jak się już jakiś czas temu okazało, zbyt głodny jestem nowego, by móc dusić się li tylko w swoim sosie gatunkowym. Simon LeBon, Nick Rhodes oraz John i Roger Taylorowie, wychodzić muszą z tego samego założenia, bo, jak już wspomniałem, Paper Gods to już kolejna wolta w ich niekończącej się muzycznej podróży. Przypomnę, że po new romanticowych początkach, DD gładko skręcili w stronę mistrzowskiego funk rocka (pierwsza połowa lat 80.), zjeżdżając później w bardziej popowe rejony (końcówka lat 80.), a w końcu zatrzymując się na moment przy rocku bardziej alternatywnym (lata 90.). Wiek XXI był dla nich powrotem do, zawsze wysokiej klasy, muzyki rytmicznej, podbitej dobrą elektroniką, która jednak wzmocniona była sporą dawką najprawdziwszego rocka. Na nowej płycie DD tego rocka jest już jak na lekarstwo, a właściwie nie ma go wcale. Bardziej zadziorne partie gitar pojawiają się rzadziej niż sporadycznie – najczęściej stanowią rolę smaczku, drobnego ozdobnika. Nie ma nawet zbyt wiele żywej perkusji Rogera Taylora (spokojnie, chłop użyje sobie na koncertach). Na Paper Gods Dominują brzmienia syntetyczne, czasem bardzo oldskulowe, innym razem na wskroś nowoczesne. Być może przez ten radykalny zwrot stylistyczny, zespół chciał udowodnić, że bycie grupą przeszło pięćdziesięcioletnich weteranów, nie oznacza wcale, bycia skazanym li tylko na tworzenie dla swoich rówieśników. To znaczy, niechże słuchają i z płyty się radują, ale idealnie by było, gdyby w tych piosenkach zakochały się również ich dzieciaki. A niech tam, wnuki też! No i, moi kochani, są duże szanse, że ta sztuka się panom z DD udała. Rozeznanie i umiejętność tworzenia w każdej zastanej muzycznej rzeczywistości, są u nich naprawdę godne podziwu.

duran-duran-press-graffiti-2015-billboard-650

Oh, the paper gods in the sky of gray

Cholera, czas postawić sprawę jasno – ta płyta po prostu wspaniale brzmi. Chce się jej słuchać, a po ostatnim utworze, wcisnąć repeat i cieszyć się nią od nowa. Bo to są właśnie kompozycje, które powstały po to, by sprawiać przyjemność. Nie oznacza to jednak, że mamy tutaj do czynienia z pustą muzyką imprezową, bądź cynicznym skokiem na bycie up to date. Nic z tych rzeczy. Duran Duran znów mają coś interesującego do powiedzenia za pomocą dźwięków i tekstów, które nierzadko ironicznie komentują rzeczywistość oraz celebrycki świat (którego, jakby nie było, DD są nieodłączna częścią od ponad trzech dekad). I co z tego, że jest to album bardziej taneczny i elektroniczny niż niemal każdy poprzedni? Grunt, że jest w tym klasa i świetne melodie. No i nie ma na Paper Gods tego bezsensownego, za przeproszeniem, artystycznego samogwałtu autocoverowego, który tak często sprawia, że nie chce mi się sięgać po najnowsze albumy moich starych idoli. Duran Duran stawiają na świeżość, nowe emocje i absolutnie odmawiają sobie żerowania na swojej przeszłości. A przecież mogliby. Właściwie to nie zmieniła się jedna, cholernie ważna rzecz – porywające kompozycje.

2AC7F74A00000578-3172248-Duran_Duran_have_just_completed_Paper_Gods_their_14th_studio_alb-a-42_1437746300072No właśnie, melodie z Paper Gods są zaraźliwe i głęboko wierzę, że wiele z nich wejdzie do ich kanonu. Ma na to szanse prze-pięk-ny utwór tytułowy, zwiewny, uduchowiony You Kill Me With Silence, a także ultraprzebojowy Pressure Off, w którym zespół wokalnie wsparła, jak zawsze wspaniała, Janelle Monae (jedno z największych odkryć ostatnich lat), a na gitarze zagrał sam Nile Rodgers (gitarzysta i producent, który współpracował już wcześniej z DD,a  także z Davidem Bowiem, INXS, Lady Gagą, itd.). Taki sam los czeka zapewne balladę What Are The Chances (chyba najbliższą klasycznemu Duran Duran), gdzie gościnnie wystąpił John Frusciante (ex-gitara Red Hot Chilli Peppers). Chciałbym, żeby na dłużej zapamiętano także intrygująco perwersyjną Danceophobię, w której słyszymy głos… Lindsay Lohan. Tak, dobrze przeczytaliście.  Tak jest, sporo na Paper Gods  featuringów, nie sądzę jednak, by była to po prostu cyniczna próba wybicia się za pomocą znanych nazwisk. Po pierwsze, zespół Duran Duran podbijania swojej popularności nie potrzebuje, a po drugie, żaden z gości nie jest popularniejszy od naszych bohaterów. Ja tu po prostu wyczuwam dobrą zabawę.

O niesłabnącej formie wokalnej Simona LeBona pisano już wiele, dlatego nie chcę się za bardzo powtarzać z innymi recenzentami. Wystarczy odpalić jutjuba, by przekonać się, że facet jest teraz być może lepszy niż dwadzieścia, a może nawet trzydzieści lat temu.

12002214_10153644736392733_7015021829701567712_n
Roger i Nick na elektronicznej fali

Daję mocne cztery gwiazdki. Jednak. Bo jest to przecież doskonale brzmiący zestaw świetnych kawałków. Kciuki w gorę dla brytoli. Choć, szczerze mówiąc, myślałem nawet o piątce. Może maksimum punktów faktycznie im się należy, bo właściwie, czego tej płycie brakuje (jeśli już przyjąłem, że rockowość nie jest warunkiem koniecznym)? No, ale dobra, cztery. Piątkę zostawmy dla Rio.

No i cieszmy się, że panom z Duran Duran nie przyszło dotąd do głowy, by nagrywać swoje największe przeboje na nowo, bądź, o zgrozo, z towarzyszeniem orkiestry. Zbyt wiele w nich twórczego wigoru, a ich studia z inspiracjami nie wysycha. I niechaj tak zostanie.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s