W Meksyku i na Marsie, ale zazwyczaj na skraju fotela

Gdzie gęsty thriller z zacięciem dokumentalnym spotyka się z przepięknym, klasycznym niemal obrazkiem science fiction z naciskiem na science? Jaki jest wspólny mianownik filmów z dwóch, zupełnie przeciwnych krańców kinowego uniwersum? Emocje, kochani moi. Najprawdziwsze, pierwotne emocje. Oba filmy, choć za pośrednictwem zgoła innych środków i zupełnie odmiennego klimatu, zapewniły mi ten sam poziom krańcowych emocji, które co i raz wciskały mnie głęboko w fotel, by za chwile kazać mi siedzieć na jego skraju, nerwowo skubiąc skórki u paznokci. Z tą różnicą, że po seansie tego pierwszego musiałem sobie golnąć drinka, by zabić zgryzotę, natomiast po drugim wychyliłem kielich, by bezboleśnie zejść na ziemię.

Sicario, czyli w Ameksyce

Sicario-plakatByłem kiedyś bardzo wielkim entuzjastą grozy, zarówno tej literackiej, jak i filmowej. Dziesiątkami pochłaniałem kolejne książki i ruchome obrazki pełne maniakalnych morderców, żywych trupów, wampirów, morderczych obcych form życia, itd. W pewnym jednak momencie horrory przestały mnie pasjonować. Nie dlatego, że osłabła, bądź zupełnie wyłączyła się moja wyobraźnia. Nie dlatego, że mój głód niesamowitości osłabł. Nie, nic z tych rzeczy. Uważam po prostu, że horror nadnaturalny się wypstrykał. Wyczerpały się jego zasoby tematyczne, a w kuferku ze środkami, jakie można wykorzystać, by przestraszyć widza, pojawiło się dno. Dlatego właśnie, zamiast oglądać kolejną wariację na temat Egzorcysty, wolę po raz dziesięciotysięczny obejrzeć samego Egzorcystę Friedkina, a na miejsce kolejnej opowieści o wampirach, zawsze wybiorę Draculę Coppoli, bądź Miasteczko Salem Kinga. Żaden nowy horror o nawiedzonym domostwie nie da mi już tych samych ciar, co leciwy Amityville (wersja z 1978 roku, ma się rozumieć) czy Sentinel. Żaden obcy z kosmosu nie będzie już bardziej przerażający niż ten od Ridleya Scotta.

Ale, dlaczego o tym pisze? Dlaczego produkuję się na temat gatunku, do którego nie należy żaden z opisywanych dziś filmów? No dobra, czy na pewno nie należy? Albo inaczej, czy mój zapał do kina i literatury grozy nie opadł dlatego, że wejście w dojrzałe życie okazało się o wiele bardziej traumatyczne niż wszystkie Hellraisery i Kruegery razem wzięte? Dołóżmy jeszcze do tego szybkość przepływu informacji, która sprawia, że cała podłość i niewyobrażalne okrucieństwo rzeczywistego świata spływają do nas każdego dnia za pośrednictwem portali informacyjnych oraz fejsbukowej ściany. Jak ma nas, w takim wypadku, przestraszyć wilkołak, potwór z szafy, czy galareta z kosmosu?

That's what I call a bloodbath
That’s what I call a bloodbath

MOA01_SICARIO_TransitShelter-2Trzy lata temu w moje ręce wpadła książka Eda Vuliiamyego o tytule Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy, czyli wielki, również gabarytowo, reportaż na temat narkotykowych imperiów, które rządzą się tymi samymi niemal prawami, co niegdysiejsze imperia trzymane za gębę przez krwiożerczych, bezlitosnych władców. Vuillamy pokazał w nim świat, w którym kartele przekazują sobie informacje za pomocą zmasakrowanych ciał wieszanych na mostach i wiaduktach w Juarez, planetę, na której facet o ksywie Gotujący Zupę, w ramach swojej fuchy zajmuje się rozpuszczaniem zwłok w beczkach z kwasem. Przeczytałem w Ameksyce o wielkich bankach, które z pełną świadomością piorą szmal narkobaronów, a ci z kolei organizują regularne armie, które za samą granicą USA – Kraju Nadziei i Wolności – robią co chcą i z kim chcą. Dowiedziałem się o machiladoras, czyli fabrykach należących do amerykańskich spółek, w których biedne meksykańskie kobiety zapieprzają dzień i noc, by zarobić trochę pesos dla swojej rodziny. Często nie wracają już nigdy do domu, bo w drodze powrotnej mają pecha trafić właśnie na tych, którzy robią to, co robić mogą. A mogą wszystko. Dodaj do tego uchodźców, padających jak muchy za murem, który Wujek Sam postawił, by chronić przed nimi swoją ziemię Nadziei i Wolności. A przecież to nie koniec cudów i dziwów, o których czytamy u Vuillamy’ego. Vuillamy pokazał w ten sposób bezsens walki z przemysłem narkotykowym w sposób, jakim chce się walczyć z nim dziś – surfując po krawędzi, bez cienia woli, by odważnie wbić się w sam środek fali. Nie wynika to ze strachu, ale zwyczajnie z tego, że obecny stan rzeczy tak wielu osobom się po prostu opłaca. To jest własnie horror. Sorry, Pinhead.

Z tego samego powodu horrorem jest film Sicario, który śmiało mógłby być jednym z rozdziałów księgi Vuillamy’ego. Śledzimy w nim przypadek idealistki (Emily Blunt) wplątanej w sytuację, która nie tyle ją przerasta, co zwyczajnie z niej drwi. Nie chcę powiedzieć zbyt wiele, bo sporo przyjemności (o ile można tego słowa użyć w przypadku tego filmu) płynącej z seansu, wynika właśnie z faktu, że wiemy dokładnie tyle, co główna bohaterka.

Prawie Avengers
Prawie Avengers

W dużym skrócie i uproszczeniu – Sicario to opowieść o pakcie z diabłem, który służy nie temu, by zła się pozbyć, ale raczej utrzymać je w stanie upiornej równowagi. Machiaweliczna intryga filmu Denisa Villeneuve’a ze sceny na scenę coraz bardziej miesza nam w głowach, wbijając coraz mocniej w fotel, by za moment, jak już pisałem, gwałtownie nas z niego wyrwać. Bo rzeczy, o których Sicario traktuje, należą do grupy tych, z którymi naprawdę trudno się pogodzić. To jest świat, który funkcjonuje tuż za ogrodzeniem, okrutne miejsce stworzone przez potrzeby i kaprysy tej, wydawałoby się, bardziej cywilizowanej reszty świata. W rzeczywistości, w której żyjemy nie ma czarno-białych wyborów. Jest na nie już najzwyczajniej za późno. Teraz można tylko podać rękę jednym demonom, by nie pozwolić na panoszenie się nowych. Niestety, piękny świat superbohaterów, gdzie drużyna Avengers załatwia sprawę za pomocą pięści i wielkich haseł, nie istnieje, nigdy nie istniał i prawdopodobnie istniał nie będzie. O nim możemy sobie poczytać w komiksach, bądź obejrzeć w kinie. A przy okazji, możemy również dotrzeć do samego krwiobiegu za sprawą takich wiwisekcyjnych obrazków jak Sicario.

Polecam, bo to 10/10. A posępny Benicio Del Toro kradnie całe przedstawienie.

A oto i złodziej wszystkich scen, których był częścią
A oto i złodziej wszystkich scen, których był częścią

Marsjanin, czyli w czerwonej d…

martian2015Z science fiction sprawa wygląda nieco inaczej. W tym gatunku nadal można wiele wymyślić, bo przecież nauka każdego dnia generuje nowe pytania, które inspirują wyobraźnię, będąc paliwem zmuszającym tę maszynerię do bezustannej pracy. Dlatego nie mogę powiedzieć, że wystarczy mi Spotkanie z Ramą Arthura C. Clarke’a, czy Gwiezdne Wojny Lucasa, kiedy tacy autorzy jak Dan Simmons, Jeff VanderMeer, czy reżyser Christopher Nolan, wciąż starają się rozszerzać wszechświat literackiej i filmowej fantastyki. Ponadto, science fiction nadal jest najlepsza ucieczką, czy może bardziej, poduszką bezpieczeństwa, która bezkonkurencyjnie uśmierza ból wynikający z gwałtownym zderzeniem z rzeczywistością. Nawet jeśli w tym science-fiction więcej jet science, niż fiction.

Od razu muszę się przyznać, że powieści Andy’ego Weira, na podstawie której Ridley Scott Marsjanina nakręcił, nie czytałem. Ale to nawet dobrze. Unikniecie w ten sposób mojego wymądrzania się, które zapewne byłoby nieuchronne, gdyby przyszło mi porównywać literacki pierwowzór i jego ekranizację. W tej chwili – bo książkę zapewne wkrótce przeczytam – istnieje dla mnie tylko obrazek z Mattem Damonem – piekielnie dobry obrazek.

Gdzieś tu ponoć mieszka John Carter...
Gdzieś tu ponoć mieszka John Carter…

The Martian Launch One SheetMarsjanin, w przeciwieństwie do Sicario i większości współczesnych filmów, nie przygnębia. Nawet jeśli sytuacja wyjściowa jest dość beznadziejna, bo oto mamy bohatera pozostawionego na Czerwonej Planecie z szansami na przeżycie równymi niemal zeru, przez fabułę prowadzeni jesteśmy z zaskakującym optymizmem. Narracja filmu Scotta przypomina mi stare opowiadania science-fiction (Eden Lema for example!), w których kosmiczni pionierzy na każdym kroku liczyć mogą na mało przyjemne spotkanie z Ponurym Żniwiarzem, a mimo to nie tracą hartu ducha i brną dalej, by odkrywać to, co dotąd przez żadnego Ziemianina nie zostało nieodkryte. Albo po prostu robią wszystko, by przeżyć. Jeśli grany przez Matta Damona Mark Watney przeżywa załamania, są one chwilowe. Bardzo szybko na ich drodze staje wszystko to, co Watney wyniósł ze szkoły. Czyli nauka, moi kochani. Bohater Damona to inżynier i botanik, dlatego bardzo szybko, niczym kosmiczny McGuyver, zaczyna robić coś z niczego. W przeciwieństwie jednak do serialowego superagenta, nasz marsonauta zalicza czasem spektakularne wpadki, które są dowodem na to, że czasem teoria i praktyka nijak się do siebie mają, bo przecież w prawdziwym życiu nader często zdarzają się takie rzeczy, jak niemiłe niespodzianki i rozmaite inne ewentualności.

W gruncie rzeczy, cała ta planeta jest moja... Hell yeah...
W gruncie rzeczy, cała ta planeta jest moja… Hell yeah…

Watney swoją beznadziejną sytuację ratuje starając się nie tracić dobrego humoru. I właśnie to jest jednym z najmocniejszych punktów filmu Scotta. Bohater, który tkwi po uszy w czerwonej dupie Marsa, bezustannie ironizuje, gdyż wie, że jeśli pozbawi się nawet tego, pozostanie mu już tylko położyć się na tym pieprzonym piachu i pozwolić prawom fizyki zrobić swoje. Skubiemy zatem te skórki u paznokci, śmiejąc się zarazem nerwowo przy każdej zabawnej uwadze naszego Marsjanina, nawet jeśli okazuje się ona największym z sucharów.

Osobną wartością filmu Scotta są przepiękne zdjęcia. Mars jeszcze nigdy, w całej historii kinematografii, nie był pokazany w tak plastyczny, spektakularny, a zarazem przerażający sposób. Ten niesamowity, czerwony krajobraz jest zarazem urzekający i przerażający. Oznacza jednocześnie zachwyt i śmierć. Najczęściej zachwyt przedśmiertny.

Osobom obtrzaskanym w popkulturze spodobają się nader częste nawiązania do innych filmów, muzyki, a nawet komiksów. Natomiast fani Davida Bowiego dostają nawet Starmana w jednej z najlepszych scen całego filmu. Pięknie.

martian_movie-poster-new1-e1440750032179-585x300

Do powieści Stanisława Lema, czy Arthura C. Clarke’a Marsjanin podobny jest jeszcze pod jednym względem – nie ma w nim miejsca na kosmiczne koko-dżambo. Tutaj liczy się to, co przez naukowców zostało już ustalone, bądź hipotezy, które są już postawione i jesteśmy w przededniu ich udowodnienia. To nie jest już fantastyka stojąca niebezpiecznie blisko bramki z pulsującym neonem Magia!, ale twórcze rozwinięcie sytuacji, którą prawdopodobnie za kilka lat z wypiekami na twarzy będziemy śledzić w wiadomościach. Dlatego właśnie moja znajoma, która raczej za fantastyką nie przepada (swoją drogą, jakim trzeba być człowiekiem, żeby nie lubić fantastyki?!), otrzymała ode mnie rozkaz, by na Marsjanina jak najprędzej się wybrać.

Polecam nowy film Scotta, bo jest to po prostu kawał dobrego, ożywczego kina, które poskładane jest z wszystkich elementów, z których dobre kino zazwyczaj się składa. Rzekłbym, 100% filmu w filmie. Dzięki, panie Scott.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s