Opowieści z krypty, czyli Beksińscy i ja

A mógłbym teraz rozsiąść się wygodnie w fotelu, pyknąć fajką (gdybym fajkę, czy cokolwiek innego, palił), a później śpiewnym tonem starego wiarusa, co to na niejednej skutej lodem ziemi tyłek sobie odmroził, oznajmić, że około 2007/2008 roku antycypowałem całą tę beksińską histerię, która kilka lat później rozgorzeć miała dzięki wspaniałej książce Grzebałkowskiej, a teraz wybuchła na nowo za sprawą wcale nie gorszego filmu Janka Matuszyńskiego.

8478212-ostatnia-rodzina-643-385

Mógłbym snuć pasjonującą opowieść o przekopywaniu się przez sterty starych, zakurzonych periodyków, w których Beksa swoje felietony i recenzje publikował, pożalić się na dziesiątki godzin spędzonych na wyszukiwaniu w sieci, a później odsłuchiwaniu jego audycji radiowych, a później oglądaniu filmów, do których tłumaczenia (zazwyczaj najlepsze, a dziś już kanoniczne) przygotował. Mógłbym na przykład przytoczyć ciekawą anegdotę o telefonie od Wiesława Weissa (rednacza obecnego Teraz Rocka i autora świeżej biografii Tomka) do mojego promotora, prof. Piotra Wilczka (dziś ambasadora Polski w USA), podczas której Wtedy-Jeszcze-Wąsaty (teraz się ogolił, żeby go zbyt z treścią jego pisma nie identyfikowano) przekonywał nas, żebyśmy projekt zarzucili, bo to zupełnie bez sensu, nikt nam nie pomoże (a przede wszystkiem nie on!), a poza tym postać Tomka trzeba zawczasu odbrązowić, żeby jakimś kultem przypadkiem nie obrosła. Tak było.

or_d10_06_2ce7485496

Mógłbym zamyślić się, westchnąć głęboko i podsumować całą tę opowieść heroiczno-martyrologicznym: I w ten sposób, całą robotę, od ziarenka, po sam plon, odwaliłem absolutnie sam. Pewnie, że bym mógł. Wpisałbym się wtedy w długą listę stulejarzy, którzy kiedyś tam na gitarze w znanym dziś zespole zagrali, ale na pierwszy hit się nie załapali, bo (tutaj wstaw setkę lepszych lub gorszych wymówek). Nie o to mi jednak chodzi. Idzie mi, kochani moi, o samego Tomka. Bo, widzicie, w latach 90., czyli w czasie kiedy do podstawowej szkoły uczęszczałem, a potem przyszło mi zasilić szeregi zbuntowanych licealistów, a nawet jeszcze w durnym okresie studenckim, kiedy wydawało mi się, że bycie na filologii polskiej jest jak szybowanie na Pegazie ponad szarym, nudnym pospólstwem (jak bardzo się myliłem, rychło przyszło mi się przekonać), Beksa był moim idolem, guru i kumplem. Dzieliłem z nim przydymione okulary, przez które wspólnie patrzyliśmy na świat, słuchaliśmy podobnych płyt i tak samo miotaliśmy się emocjonalnie, jak dwa karpie podczas przedwigilijnej kaźni. Jego felietony wydawały się skierowane do mnie i tylko do mnie, natomiast audycje traktowałem jak szczyt radiowej maestrii. W liceum skrzętnie wynotowywałem nazwy zespołów, które prezentował podczas swoich radiowych wieczorów, zanurzając się później po czubek bujnej mojej czupryny w wydumanych, pełnych rozpaczy, rozczarowania, ale też nadziei (jakoś się to wszystko zazwyczaj zazębia) lirykach  i niekończących się partiach instrumentalnych, z których słynęli giganci rocka progresywnego. Tak też było.

beksinscy-portret-podwojny-magdalena-grzebalkowskaNo i tak sobie wzdycham, podśmiechujki sobie z samego siebie strojąc, bo niedługo później, starając się raz jeszcze w ten tomkowobeksiński klimat wejść, rozczarowałem się sromotnie. Na padaczkę Curtisa, jakież to wszystko okazało się gówniarsko dęte, dziecinnie zbuntowane, oderwane od krwiobiegu i pretensjonalne. Zachodziłem w głowę, jak blisko 40 letni facet mógł myśleć i mówić w taki sposób. Przestało się to wszystko mieścić na mojej półce. Później u Grzebałkowskiej w Portrecie podwójnym przeczytałem o rozchwianym, a często okrutnym dla najbliższych (bo przecież najłatwiej jest dokopać tym, którzy kochają cie najbardziej) nieszczęśniku, który, w gruncie rzeczy, w życiu miał za dobrze i do szczętu straciłem tę młodzieńczą fascynację Tomaszem. Mało tego, po jej książce, moim prawdziwym bohaterem stał się pan Zdzisław – artysta natchniony, człowiek nietuzinkowy. Nie zrozumcie mnie źle – nie jest to jakiś wyraz braku szacunku dla Nosferatu, a raczej drugie odejście bohatera późnych lat szczenięcych. Takie coś zdarzyło się każdemu z was.

Parę dni temu wyciągnąłem z dna szafy moją pracę magisterską i przewertowałem szybko, by sprawdzić, czy można z niej wycisnąć cokolwiek, a później, kto wie, przedstawić jakiemuś wydawnictwu. Wiem, dość cyniczny i koniunkturalny to ruch, ale co z tego? Może byłby z tego jaki fejm, a może pieniądz jaki. Po kwadransie takiego wdychania kurzu, stwierdzić mi przyszło, że owoc mojej umiarkowanie ciężkiej pracy to prawie dwieście stron nudnego jak flaki z olejem rutyniarstwa, z którego nawet nie chce się esencji wyżymać. Napisany bez polotu i na kolanach kloc, który tylko masochistę byłby w stanie zainteresować, pod warunkiem, że ów nieszczęśnik miałby zamiar okładać się nim po łbie. Wrzuciłem zatem Opowieści z krypty tam, gdzie ich tytułowe miejsce.

A mogłem… No tak, mogłem to i owo, bo przecież w 2007/2008, a nawet kilka później, mało kto o Tomku Beksińskim pamiętał, a jeszcze mniej osób o nim rozmawiało. Mea culpa. Chociaż, wtedy zapewne było jeszcze zbyt wcześnie i cała moja robota byłaby jak kichnięcie muchy w lesie równikowym. Cały ja, zawsze w nieodpowiednim czasie i zawsze po trochu.

ostatniarodzina_1450423555

No a teraz jeszcze ten Matuszyński – młody człowiek, który przybył, nakręcił i zwyciężył. Gratuluję mu i dziękuję zarazem, że zrobił ten film tak, jak robić się takie obrazki powinno – bez zadęcia, patosu i ckliwości. Odpuszczając sobie wszelkie ozdobniki, elementy symboliczne, unikając przeciągniętych scen i melodramatycznej taniochy, pozostawił samą żywą, pulsującą tkankę – ciało i krew. Mimo to, a może właśnie dlatego, od emocji w Ostatniej rodzinie aż kipi. A rola Andrzeja Seweryna przeszła już do historii. Jestem pewien, że mimo jego bogatego aktorskiego dorobku, od teraz będzie się pisało o nim: znakomity polski aktor, znany m.in. ze wstrząsającej roli Zdzisława Beksińskiego. Już tak czasem po prostu bywa, że artyści w swoich późnych latach odwalić potrafią taki koncert, że ustalają dzięki niemu zupełnie nowy punkt odniesienia dla oceniających, bądź poznających dopiero ich dorobek. Ja jestem wstrząśnięty. Od premiery Ostatniej rodziny Zdzisław Beksiński ma u mnie twarz Andrzeja Seweryna. No i Tomek! Chwała Matuszyńskiemu, że oparł się pokusie robienia z Beksy nowego natchnionego idola smutnych borderlajnów i mrocznych dziewcząt o poetyckich ksywach. Odetchnąłem z ulgą, bo tego właśnie bałem się najbardziej. Odgrywający role młodego Beksińskiego Dawid Ogrodnik szarżował z kolei na granicy dopuszczalności. Z początku wydawało mi się, że zrujnuje tymi swoimi pląsami cały obrazek, jednak, w pewnym momencie, udało mi się w końcu do jego gry przyzwyczaić (mógł to być – tak sobie główkuję – pewien zamysł twórców). Brawa należą się Aleksandrze Koniecznej, bo nie tylko dotrzymała kroku Andrzejowi Sewerynowi, ale z mistrzowską powściągliwością wcielając się w Zofię Beksińską, heroiczną żonę i matkę, stworzyła z nim idealny duet. Andrzej Chyra to też, kurde, wielka klasa – stanął z boku, stając się naturalną aktorską klamrą dla całego tego koncertu. Brawo. Wstaję i klaszczę, aż do końca napisów.

Jako, że jestem cholernym purystą i nie daję żadnemu twórcy filmowemu forów, jeśli chodzi o odwzorowywanie realiów epoki, w której film się dzieje, Ostatnia rodzina także była dla mnie prawdziwą wyżerką. Tutaj po prostu wszystko grało, począwszy od wnętrz, przez ciuchy, meble, sprzęt rozmaity, aż po najdrobniejsze rekwizyty. Tak się robi filmy.

portret_prawdziwyIdźcie do kina, jeśli jeszcze nie byliście. Jeżeli nie czytaliście jeszcze Beksińskich. Portretu podwójnego Magdaleny Grzebałkowskiej, też to zróbcie. Natomiast Tomka Beksińskiego. Portretu prawdziwego Wiesława Weissa jeszcze nie czytałem i, szczerze mówiąc, nie wiem kiedy do tego dojdzie. Autor tej książki wkurzył mnie kiedyś okrutnie, a i teraz jestem mu w stanie zarzucić sprytny skok na grzbiet cwałującej beksińskiej koniunktury (tak, wiem, przyganiał kocioł garnkowi), dlatego muszę ochłonąć. Zanim jednak się to stanie, możecie napisać do mnie (tutaj, w komentarzach, czy na facebooku) i opowiedzieć nieco o Portrecie prawdziwym. Ja zawsze jestem ciekaw.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s