Łotr 1, czyli potencjał prawie wykorzystany

Po tygodniu, który minął od premiery Łotra 1, wiemy jedno – film Garetha Edwardsa jeszcze bardziej spolaryzował środowisko fanów Gwiezdnych Wojen i entuzjastów science fiction en general, niż zeszłoroczne Przebudzenie Mocy J. J. Abramsa. Z prawdziwej powodzi recenzji i rozmaitych opinii,  wywnioskować można, że albo jest to najlepszy obrazek z całej gwiezdnowojennej franczyzy, albo pełen fajerwerków bałagan, z którego nie wynika absolutnie nic. Tymczasem ja muszę postawić się gdzieś pośrodku, bo przecież w żadnym wypadku nie mogę okrzyknąć Łotra propozycją równie udaną, co np. Imperium Kontratakuje, a zarazem nie był to aż tak jednoznacznie zły film jak Mroczne Widmo. Choć, czy to ostatnie jest w ogóle jakimś wyczynem?

Jakaś nowa idea

rogue-one-posterZaczynając od superlatyw, odnotować trzeba, że powstały w końcu to Gwiezdne Wojny skrojone na nasze czasy – dość brutalne, niespokojne, bez czarno-białych podziałów, a jeśli nawet zakończone sukcesem, to raczej boleśnie okupionym. Najlepszy moim zdaniem był nowy pomysł na tych złych i tych dobrych – mniej bajkowy, bardziej życiowy.
Podobała mi się ta dość chaotyczna Rebelia, której skłócone frakcje zgadzają się ze sobą w jednym – że Palpatine Musi Odejść(!), a działania prowadzące ku realizacji tej idei prowadzą w sposób nierzadko dość brudny i mało honorowy, działając jak prawdziwa organizacja terrorystyczna. No i samo Imperium, które choć o wiele lepiej zorganizowane, nie jest pozbawione wewnętrznych tarć ambicjonalnych (takie mroczne, kosmiczne korpo). Mocy też tu jak na lekarstwo, a jeden z jej najgorliwszych wyznawców przedstawiony został jako osobnik raczej obłąkany.

Imperial Space Corporation

orson-krennic_4c6477e2Postać, która w filmie Edwardsa  ujęła mnie szczególnie to Orson Krennic (jak zwykle hipnotyzujący Bob Mendelsohn) – ambitny karierowicz, który w innych warunkach nie byłby pewnie kreaturą, ale że akurat jego ścieżka zawodowa zaczęła się w tym, a nie innym punkcie i potoczyła się tak, jak się potoczyła, postanowił robić wszystko, żeby na stołku się utrzymać, a ewentualnie jeszcze awansować. To nie jest ideowiec – to dyro w dużej, poważnej firmie. Uparty, butny, choć śliski i mało honorowy. Myślę, że w innych warunkach mógłby być z niego całkiem równy gość, no ale kariera zazwyczaj wymaga ofiary z duszy. Krennic to taki Hans Landa Gwiezdnych Wojen – facet, którego po upadku Imperium (gdyby przeżył, ofkors), widzielibyśmy tłumaczącego się w galaktycznej Norymberdze, że wykonywał tylko rozkazy. Osobną rzeczą są jego konfrontacje ze starym, bezwzględnym CEO imperialnego korpo Wilhuffem Tarkinem (ożywiony magią CGI Peter Cushing). To bezwzględnie najlepsze momenty calego filmu. Czasy ekranowych villainów, którzy są źli, bo są, odchodzą już najwyraźniej do lamusa. I dobrze.

Krew, piach i łubudu

csbnp3ywiaajfaxW przeciwieństwie do moich znajomych, za najciekawszy uznaję ten rwany, chaotyczny początek, kiedy wyrywkowo dowiadujemy się jak to wszystko właściwie działa. Zanim dochodzi do obowiązkowej galaktycznej rozpierduchy, obserwujemy niezborne akcje terrorystyczne Rebelii i policyjny system Imperium. Partyzantka antyimperialna wzorowana jest na bliskowschodnich bojownikach, jakich widzimy każdego dnia w wiadomościach, tymczasem szturmowcy Palpatine’a to faszystowski high tech z zupełnie innego świata. Ciekawe to, kontrowersyjne i ożywcze. Super. Sprawia to, że uniwersum Gwiezdnych Wojen zbliżyło się jeszcze bardziej do krwiobiegu, a co za tym idzie, mniej w nim bajki, więcej science fiction. Zmęczyła mnie natomiast finałowa – przeciągnięta ponad wszelkie miary – batalia, z której zapamiętałem jedynie kroczące AT-ACTy. Spostrzegłem też w pewnym momencie, że los nowych bohaterów zupełnie mnie nie obchodzi. Nawet kiedy padali jak muchy pod imperialnym ostrzałem. To chyba niedobrze, c’nie? No dobra, K2 – najlepszy droid całej sagi – to był gość, no ale… Wspaniałe były za to efekty użycia Gwiazdy Śmierci, tak bliskie temu, czego boimy się dziś, tutaj, na tej Ziemi. W końcu poznaliśmy prawdziwą grozę broni Imperium, a nie jakieś galaktyczne fajerwerki. No i, last but not least, kupiły mnie ostatnie minuty filmu, które z maestrią, niczym ostrze skrytobójcy, wrzynają się w Nową nadzieję. Przyznam się, ze siedziałem w kinie chwilę dłużej, mając nadzieję, ze za chwilę zacznie się IV część z 1977 roku.

Padło też w Łotrze 1 kilka kwestii, które uznaję najlepsze w całej sadze. Żeby rzucić choć jedną:
Krenic: „Byliśmy tak blisko zaprowadzenia prawa i sprawiedliwości w galaktyce”
Galen: „Mylisz pokój ze strachem”
Krennic: „Od czegoś trzeba zacząć”
Mic drop.

Ostateczna ocena Łotra 1 do najłatwiejszych nie należy, bo pomimo kilku wspaniałych pomysłów i tej nowej, świeżej wizji konfliktu Rebelia – Imperium, nie da się jednoznacznie stwierdzić, że był to film bardzo dobry. Obrazek Garetha Edwardsa przemyka gdzieś między przyzwoitością, a solidnością. Myślę, że spór o Łotra stanie się pewną stałą w fanowskim dyskursie. Dla mnie, waszego popkulturalnego gospodarza, Rogue One to zbyt wiele zmarnowanego potencjału, a jednak również dużo tropów, którymi Gwiezdna Saga powinna iść dalej.

Rogue-One.jpg

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Łotr 1, czyli potencjał prawie wykorzystany

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s